My kind of town

wtorek, 24 listopada 2009
Narzekania młodej matki

Normalnie czasem trafia mnie szlag, gdy uzmysławiam sobie, że kraj, którego każdy prezydent, polityk, czy to na szczeblu lokalnym, czy federalnym, a także zwykły Smith czy Johnson podkreśla, jak ważna jest rodzina, dzieci oraz czas z nimi spędzony, traktuje matki. Wszyscy pieprzą o tej cholernej reformie służby zdrowia, a nikt chyba nie zająknie się, jak państwo traktuje matki z małymi dziećmi. Wspominałam o tym nie raz i u siebie i na innych blogach, że 12 tygodni urlopu macierzyńskiego to jest granda i skandal. Najgorsze jest chyba to, że Amerykanie, przyzwyczajeni do 10 dni urlopu na rok, w ogóle nie widzą problemu. Siedzę sobie wczoraj u dentysty i w przerwach między zdejmowaniem kamienia, mówię pani dochtór, że no niestety wracam do pracy w najbliższy poniedziałek. Pani się mnie pyta, ile macierzyńskiego dał mi mój pracodawca. Mówię, że 12 tygodni (choć w zasadzie to 14), a dentystka, że to całkiem nieźle. No ludzie, trzymajcie mnie. Ona chyba nie ma dzieci albo dawno nie widziała trzymiesięcznego dziecka. Oczywiście, w świetle tego, że jakaś jej znajoma miała 4 (słownie cztery) tygodnie macierzyńskiego, moje 14 tygodni wydaje się wiecznością.

W jakim normalnym kraju, ja się pytam, pracodawca daje świeżo upieczonej matce, 4 tygodnie urlopu na to, żeby "odchować" dziecko i dojść do siebie? Co z tego, że federalna family leave daje te ustawowe 12 tygodni, skoro dotyczy to tylko pracowników z firm zatrudniających powyżej 50 osób. A co z resztą, która nie ma wyboru i musi wracać do roboty po 4 czy 6 tygodniach? Gdzie tu jest poszanowanie rodziny, matki i dziecka? Kurna, chyba napiszę do Obamy, czy gdzie, bo po prostu mną trzęsie, ale może choćby po to, żeby sobie ulżyć.

Na koniec, żeby już nie było tak bardzo pesymistycznie, powiem tylko, że od czwartku jest z nami babcia prosto z importu. Zachwycona wnuczką, wnuczka nią również, bo cieszy się i śmieje na jej widok. Jutro zaś zabieramy Zosię w pierwszą podróż i jedziemy na indyka do Ohio do drugiej babci, która już nie może się nas doczekać.



PS. Jak ktoś zainteresowany, co Zosia ma do powiedzenia, może odwiedzić jej bloga crybag.com Od razu mówię, że to nie był mój pomysł, ale hazbenda, który podobnoż ma wzgląd w jej myśli i przekłada je na klawiaturę. Normalnie umarłam ze śmiechu, jak mi powiedział o tym blogu i zosinych recenzjach produktów dla dzieci ocenianych w kategoriach Śmierdzących Pieluch bądź Wesołych Uśmiechów. Zobaczymy, na ile starczy tacie (znaczy się Zosi) zapału do blogowania. Autorka (he he) może odpowiedzieć na komentarze dopiero, gdy nauczy się czytać. Profilu na Naszej Klasie albo innym Babybooku (jeśli takowy istnieje) nie będziemy jej zakładać, bez obaw.

16:09, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (23) »
środa, 04 listopada 2009
Świńska grypa mi nie straszna

Dostąpiłam bowiem zaszczytu zaszczepienia się przeciwko (nie)sławnej zarazie. Za darmo, bez zastrzyku (szczepionka do nosa), ale za to po dwóch godzinach czekania.

Mąż wydzwaniał po Walgreensach od tygodni, ja ze dwa razy do naszego lekarza rodzinnego i nikt i nic nie wiedział, gdzie, kiedy i czy w ogóle te szczepionki będą. Niedawno gruchnęła wieść, że Chicago dostało 1/3 spodziewanych szczepionek i część będzie rozdawana w miejskich collegach na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". W pierwszych dniach ludzie stali w kolejkach godzinami. Ja powiedziałam, że pierdziu, ale nie będę stać. Jak mam dostać, to gdzieś się ta szczepionka znajdzie. Ale mąż wiercił mi dziurę w brzuchu, że Zosia, że co będzie jak któreś z nas zachoruje, że on pół-astmatyk i że to dla niego niebezpieczne, no więc wczoraj udałam się do Wright College na szczepienie. Szczepienia zaczynały się o 3 po południu, ja dotarłam około 3:15 i dostałam od bardzo niemiłego pana z ochrony numer 1257, co oznaczało, że przede mną znajduje się 1256 osób, a jak się okazało więcej, bo jeden numerek był na rodzinę, a osób z dziećmi było mnóstwo.

Po pół godzinie siedzenia w sali, nerwy zaczęły mi puszczać, no bo nic, zupełnie nic sie nie działo, nie wołali żadnych numerków, więc zapytałam pani strażniczki, ile to może potrwać. A pani na to: "Robią około 300 szczepionek na godzinę. Są teraz przy około 700". Z moim numerkiem 1257 wyglądało mi to na jakieś półtorej do dwóch godzin czekania. No żesz kuźwa jego mać. W domu małe dziecko, ja oczywiście głodna (bo nie przeszło mi przez głowę, żeby się najeść przed wyjściem albo wziąć coś do jedzenia i picia), a tu dwie godziny siedzenia na twardej posadzce. Byłam wkurzona na maksa, bo wcale mi się nie uśmiechało czekać w towarzystwie wrzeszczących niemowlaków, wrzeszczących parolatków i rozchichanych nastolatków. O dorosłych nie wspomnę. Do tego w tym bunkrze (kto widział Wright College, wie o czym mówię) nie było zasięgu, więc łaziłam po jakichś kątach i darłam się do telefonu, bo mąż nic nie słyszał. Poradził mi więc, abym może spróbowała przyjść w czwartek wcześniej. O nie! Wizja spędzenia połowy urodzin w kolejce po szczepionkę na tą durną świniznę przeważyła i zostałam.

Po kolejnej półtorej godzinie spędzonej w większości już w ogonku, w końcu wypełniłam formularz i dostałam dwie dawki żywego wirusa do nosa (trochę to porypane, no ale co ja się znam). Ja taranię. Jutro idzie mąż. Podejrzewam, że jak wróci, to wypije dużą whiskey. Mi nawet to nie było dane. Burdel i do tego na kółkach z tymi szczepionkami.

poniedziałek, 02 listopada 2009
Zachorowałam

Nie, nie na świńską grypę. Na samochód. Taki jak niżej.


To nowy produkt Toyoty i zwie się Venza. Pierwszy raz tak mnie zaintrygowała, że goniłam ją na autostradzie, bo chciałam obejrzeć przód, po tym jak zaciekawił mnie tył. Drugi raz dziś w południe i tym razem udało mi się ją wyprzedzić i popatrzeć. No bardzo mi się podoba, choć sama się sobie dziwię, bo ostatnim samochodem, do którego wzdychałam był ten Mercedes (a Mercedesów normalnie nie lubię), no i widzę, że ze szpanerskiego merola przerzuciłam się na samochód będący połączeniem niezbyt przeze mnie lubianych SUV a kombiakiem nowej generacji. Na szczeście, nadal i wciąż chcę mieć stary kabriolet, więc może jeszcze do końca nie zmamiałam.

04:15, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (21) »