My kind of town

czwartek, 29 listopada 2007
Ania, daj głos

Podatki płacić muszę, tak? Paluchy oddawać nie wiem ile razy dla immigration, tak? Temuż samemu immigration płacić za każdy świstek, tak? A głosować nie mogę! Chciałam spełnić obywatelski obowiązek i zarejestrować się do głosowania w prawyborach prezydenckich w Illinois, gdyż jako rezydentka mam prawo głosu w lokalnych i stanowych wyborach. No ale po raz kolejny dała znać o sobie cudowna w swej teorii federacyjność Ameryki, gdzie w jednym stanie coś można, a w innym ni cholery. Board of Elections dla Illinois grzecznie odpisała na mojego maila, że prawo do głosowania w Illinois mają tylko obywatele. No i sprawa się rypła. Teraz pozostaje mi tylko płonna nadzieja, że przy sprzyjających wiatrach uda mi się dostać obywatelstwo przez właściwymi wyborami.

Ostrożnie z ho ho ho

O tym, że świąteczny sezon w Ameryce jest podciągnięty do standardów politycznej poprawności niczym majtki dwulatka, wie każdy, kto tu mieszka. Wiadomo, że nie Merry Christmas tylko Happy Holidays, że nie ustawia się tradycyjnych szopek (za bardzo religijne) i że od początku listopada, a w co poniektórych sklepach już od połowy października trwa świąteczna nagonka. Ostatnio jednak przybiera to już zupełnie bezsensowny wymiar. W jednym z miast w Kolorado zakazano czerwonych i zielonych światełek dekoracyjnych jako zbyt religijnych. Ameryka zwariowała, ale nie wiedziałam, że ta głupota dotarła też na antypody. W Sydney jedno z centrów handlowych zakazało tamtejszym Mikołajom tradycyjnego „ho ho ho”. „Ho” w slangu oznacza kobietę niezbyt dobrych obyczajów, więc dzieci, a również mamy przyprowadzające pociechy, aby usiadły Mikołajowi na kolanach mogą się czuć dotknięte taką inwektywą. Zamiast „ho ho ho” ma być „ha ha ha”.

No to Merry Christmas everyone.

wtorek, 27 listopada 2007
Skrót myślowy

Nie mówisz po angielsku? Se habla Polish. I problem z głowy.


poniedziałek, 26 listopada 2007
Po indyku

Pamięć ludzka jest krótka i zawodna i zdaje się, że już zapomniałam, jak może wyglądać świętowanie z dziesięcioma potrawami na stole oraz czterema ciastami. Sam obiad w Święto Dziękczynienia starczyłby mi na trzy dni, a ciasta, których normalnie nie jem chyba na rok. Kontynuując odkrywanie smaków Ameryki, w tym roku skusiłam się w końcu na mincemeat pie, czyli kruche ciasto z mielonym mięsem, rodzynkami i innymi suszonymi owocami. Przyznam, że sam widok tego przysmaku w poprzednich latach budził moje duże wątpliwości, ale gdy przyszło do jedzenia, okazało się, że nie taki diabeł straszny, a ciasto z mięsem w środku może być całkiem smaczne.

Następnego dnia tradycyjnie skoczyłam na godzinkę do Macy’s i stwierdziłam, że po trzech latach odwiedzania tego sklepu w poindykowy piątek, Macy’s w Columbus znam lepiej niż to w Chicago. Zakupy udały się miarę, wyszłam z tymi butami zamiast z planowaną torebką, ale niech tam, bo korzystając z dobrodziejstw kuponów, zniżek i gift cards kosztowały mnie ledwie trzy dolary. W sobotę odwiedziliśmy dwie znajome pary, które swego czasu mieszkały w Chicago, a od pewnego czasu mieszkają po przeciwległych stronach drogi (ulicą tego się nie da nazwać) w maleńkim miasteczku w Ohio. Wygląda na to, że jestem już nieźle zaznajomiona z tym stanem i po tym oraz wcześniejszym wyjeździe całkiem mi się tamtejsza okolica podoba. Nie wiem wprawdzie, czy przetrwałabym tam w stanie nieuszkodzonym nie wiedząc, że po zmroku lepiej nie zbaczać z głównej drogi i skracać sobie dystans idąc gdzieś przez pole, gdzie można łatwo wdepnąć w skunksa.

Dom znajomych, gdzie nocowaliśmy przypominał mi góralską chatę, w której można ogrzać się po całym dniu na nartach: z kominkiem, drewnianymi balami u sufitu i wodą w kranie zajeżdżającą siarkowym smrodkiem charakterystycznym dla wody ze studni, a nie wodociągu. W nocy zmarzliśmy pioruńsko, gdy okazało się, że ogrzewanie na poddaszu, gdzie spaliśmy nie działało, a jedynym źródłem ciepła był wyjątkowo kiepsko działający nawiewowy piecyk (kaloryferze, wracaj!). Summa summarum, po kolejnym indyku na kontynencie dochodzę do wniosku, że mimo iż zapewne mogłabym wykorzystać cztery wolne dni na wyjazd lub odpoczynek, to lubię spędzać to święto z amerykańską częścią swojej rodziny. Myślę, że jest to dla mnie namiastka Bożego Narodzenia, którego odkąd tu mieszkam jeszcze nigdy nie udało się spędzić w Polsce i w tym roku również nie uda ze względu na niechęć szefa do udzielenia mi bezpłatnego urlopu. To już jednak inna historia, a na razie grzeję się wspomnieniami indykowego stołu i prawdziwie rodzinnej atmosfery.

środa, 21 listopada 2007
Alternatywa dla indyka

Mąż przerażony moją wizją, że skoro u teściowej zawsze jest pieczony indyk i w związku z tym kiedyś musimy zrobić deep fried turkey, podesłał mi alternatywne rozwiązanie dla tego niebezpiecznego pomysłu. Alternatywa nazywa się turducken i jest kombinacją słów tur(key), duck, and (chick)en, gdyż turducken to indyk, w środku którego jest kaczka, w środku której jest kurczak. Krojąc więc indora, dostaje się również drób mniejszego rozmiaru. Tak to wygląda po przekrojeniu. Drobiożercy wszystkich krajów, łączcie się!

Bar wzięty

Cytując swoje własne słowa sprzed pół roku o postępie prac piwnicznych „Na razie wszędzie jest jeszcze bardzo brudno, fugi w łazience mokre, ale nieuchronnie zbliżamy się do końca projektu”, stwierdzam, że byłam niepoprawną optymistką myśląc, że koniec jest bliski. Po kolejnych sześciu miesiącach zmagań z kontraktorami żądającymi horrendalnych sum za to, czy tamto, mogę chyba w końcu powiedzieć, że tym razem koniec naprawdę się zbliża. Jak to mówiła moja kosmetyczka „na Zachodzie praca ręki kosztuje”, więc zakrawa na chyba niemal cud, że do zbudowania baru udało nam się w końcu znaleźć kompetentnych ludzi za przyzwoitą stawkę. Panie i panowie, Ania Buzuk proudly presents premierowe zdjęcia baru. Pierwsze przedstawia bar w stanie absolutnie surowym, co jednak nie przeszkodziło mężowi ustawić wystawy z kilku rodzajów polskiej wódki (kto zgadnie, jakich?), a to nie wszystko, co mamy na stanie, a pozostałe w fazie obecnej, gdy już można naprawdę zobaczyć, że to jest bar, a nie kupa suchego tynku. Aha, słynna rura, będąca najpopularniejszym hasłem prowadzącym do mojego bloga, jeszcze stoi, ale to już jej ostatnie chwile.





No to do zobaczenia po indyku. 

17:19, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (14) »
wtorek, 20 listopada 2007
Sztuka z puszki

Mówią, że jeden obraz wart jest tysiąca słów, więc dziś fotograficzna relacja z wystawy The Art of Can, będącej projektem niezmordowanego Red Bulla. Wystawa jeździ po Stanach od dwóch lat, a przez ostatnie dwa tygodnie była w Chicago. Wszystkie eksponaty zostały wykonane z puszek po Red Bullu. Sztuka czy PR? Zdjęcia również na stronie wystawy.











17:32, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (15) »
środa, 14 listopada 2007
Kawa z wkładką

Uważajcie w Starbucksie, bo koleżanka znalazła dziś robaka w kawie. Takiego ze skrzydłami, nogami i w ogóle. A odkryła go po wypiciu ¾ zawartości kubka. Trochę protein z rana nie zaszkodzi, ale koleżanka wegetarianka. To ja się chyba przerzucę na Caribou.

Czwartek: Umarłam. Kupiłam kawę w Caribou. Przyniosłam do biura, podniosłam pokrywkę, żadnych podejrzanych obiektów. Wypiłam CAŁĄ i oczywiście coś mnie podkusiło zajrzeć jeszcze raz. A na dnie włos kobiecy, długi, cętkowany, kręty jak wąż boa (Agee, jak ten, który Ty znalazłaś). Zaraz się chyba porzygam. 

wtorek, 13 listopada 2007
Halo, będzie rozmowa międzynarodowa!

Pytanie bardziej do amerykańskich czytelników, choć nie tylko. Czego używacie do rozmów za ocean? Interesuje mnie głównie z czego korzystacie, jeśli dzwonicie z pracy? Mam już serdecznie dość tych cholernych kart telefonicznych, które działają mi na zęby. Z komórki nie dzwonię, bo mam prepaida i poszłabym z torbami, a trochę się cykam przed zaistanstalowaniem Skype’a na pracowym komputerze. Napaliłam się ostatnio na cacko, które oferuje Vonage (mój dostawca VoIP).

Nazywa się to V-Phone, przypomina, jak widać, breloczek do kluczy i po podłączeniu do USB służy jako telefon. Cały software mieści się na tym flash drivie, do tego są słuchawki i mikrofon, nie trzeba instalować na kompie, kosztuje 40 dolców i pomyślałam, że jest to dla mnie rozwiązanie idealne, gdy muszę zadzwonić do Polski z pracy. No ale okazało się, że nie mogę sobie tego ot, tak sobie kupić i korzystać, tylko musiałabym założyć drugą linie VoIP, dodatkowo oprócz tej, którą już mam w domu i płacić za nią drugi abonament. No i chociaż Vonage jest tani jak barszcz, to podwójnie bulić nie zamierzam.

Czy są jakieś nowości do dzwonienia za ocean, o których ja nie wiem, a Wy tak? 

22:15, aniabuzuk , www
Link Komentarze (14) »
London Calling

Z rodzicami spotkałam się w Londynie dokładnie rok temu. Przylecieli 13 listopada, a dzień później pięknie się rozchorowałam i przez kolejne dwa dni mój bardzo słabo mówiący po polsku mąż oprowadzał ich po Londynie, po drodze zahaczając o paradę z udziałem królowej, podczas gdy ja, obłożona chusteczkami i aspiryną, leżałam w hotelu gdzieś przy Paddington Station, smętnie oglądając królową na ekranie telewizora. Mąż rozchorował się również i wracaliśmy do Chicago zasmarkani po pas. Rodzicom Londyn podobał się bardzo. Mi mniej, ale głównie dlatego, że niewiele udało mi się zobaczyć.

A tak wyglądała prawie że kompletna rodzina Buzuków rok temu. No to jak, podobna jestem do mamy czy taty?


 
1 , 2