My kind of town

środa, 25 lutego 2009
Restauracja z pomysłem

Istnieje w Chicago restauracja, gdzie oprócz jedzenia można również dostać wiązkę przekleństw i epitetów, całkowicie za darmo. Ed Debevic's znana jest z tego, że kelnerzy obsługują klientów w dość niewybredny sposób, a osoby o słabszych nerwach mogą nie wytrzymać konfrontacji z pyskatą obsługą, co ilustruje przykład pary, która zanim złożyła zamówienie, postanowiła kupić sobie po bułce z bufetu. Widząc to kelner wydarł się na nich "What are you doing? Get out of here!" ("Co robicie? Wynocha!") . No to się wynieśli. Znalazłam też opis gościa, który poprosiwszy o kolejny colę, usłyszał coś takiego: "Don't you see my hands are full? If you have to have it now, get it yourself, othewise I'll get to you when I can!" ("Nie widzisz, że ręce mam zajęte? Jeśli musisz mieć ją teraz, sam sobie przynieś albo przyniosę ci kiedy będę mógł!"). Nigdy tam nie byłam, a miejsce z opisów brzmi dość kiczowato i bardzo turystycznie, no ale w sumie to nie mówię "nie". Może kiedyś, jak odwiedzą nas jacyś przyjezdni goście, zabierzemy ich do Eda, żeby ich zwymyślali na dobry początek wizyty. Ciekawe, czy kelnerzy mają jakieś dodatkowe profity na wypadek, gdyby ktoś nie wytrzymał i zasunął fangę w nos.

Ed mógłby wpisać się więc na listę dziwacznych restauracji, choć chyba nie byłby w stanie przebić tych, których zdjęcia prezentuje dziś Chicago Tribune. Moje ulubione poniżej, a cała kolekcja na stronie Tribune.

Modern Toilet z Taipei (bez komentarza)

Cannibalistic Sushi z Tokio, gdzie wyjada się "organy" z jadalnego ciała.

Eternity z Truskawca na Ukrainie (Halloween 365 dni w roku)

Pitch-Black Restaurant z Pekinu, gdzie tylko kelnerzy mają noktowizory, a reszta wiosłuje po ciemku.


                                                     Zdjęcia z weburbanist.com

A wydawało mi się, że najdziwniejszą i najbardziej kuriozalną restauracją, w której jadłam, było Lawry's w Chicago, gdzie kelnerka z wysokości jednego metra wlewała dressing do kręcącej się miski sałatki.
poniedziałek, 23 lutego 2009
Zagraj to jeszcze raz, Rod
Miskidomleka pisał niedawno o aplikacji do iPhone'u symulującej odgłosy wydawane paszczą (tą tylną). Na równie oryginalny, choć niefizjologiczny pomysł na aplikację wpadł niejaki Juan Rubio. Jego apps to gra na temat byłego gubernatora Illinois, czyli pięknego Roda. Gracz zaczyna w Springfield, zadłużony po uszy, do tego 30 dni przed procesem o impeachement i musi zgromadzić kasę, m.in. handlując miejscami w Senacie. Bardzo wychowawcza aplikacja, trzeba przyznać. Zważywszy na historię korupcji w Illinois, lokalni użytkownicy iPhonów mogą wprawiać się jadąc do szkoły lub jedząc lunch w uniwersyteckiej stołówce. Ah, czemu nie mam iPhone'a.
20:11, aniabuzuk , www
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 lutego 2009
Chicago znalezione na strychu

Podczas grudniowego ocieplania strychu (wspominałam tutaj), hazbend wraz z kolegą przytargali stos starych gazet, które służyły jako izolacja. Mówiąc stare, mam na myśli osiemdziesięcioletnie, przeżarte starością i wilgocią chicagowskie gazety z 1931 i 1932 roku, czyli z czasów, gdy w Stanach obowiązywała prohibicja, a Al Capone właśnie siedział w pierdlu za niepłacenie podatków.

 

O tym, że kilkanaście lat zakazu sprzedaży alkoholu dało się we znaki Ameryce, świadczą poniższy nagłówek i artykuły o potrzebie reformy aktu prohibicyjnego. Ja sobie nie wyobrażam, jak oni wytrzymali tyle lat.

Chicago Daily News, których zachowało się najwięcej, dziś już nie istnieje, podobnie jak Chicago Herald-Examiner i Chicago American. Znalazłam też kilka ulotek ze sklepów spożywczych oraz z Walgreensa. Ceny powalają.

Gazety rozsypywały mi się w rękach, gdy je przekładałam, więc może dobrze, że utrwaliłam je zdjęciami, bo następnych osiemdziesięciu lat raczej nie przetrzymają. Nie bardzo wiem, co z nimi zrobić, bo zaśmiecają mi werandę, a do tego są brudne. Szkoda wyrzucać. Biblioteka ich raczej nie weźmie, bo są w kiepskim stanie. Może powinnam wrzucić je z powrotem na strych dla potomności.

Więcej zdjęć na Picasie.

środa, 11 lutego 2009
Krewetki po grecku

W cyklu przepisów łatwych i przyjemnych, all-time favorite garides saganaki, czyli krewetki w pomidorach z fetą. Uwielbiam ten przepis, bo zajmuje pół godziny od wyjęcia deski do krojenia do wyjęcia krewetek z piekarnika i zbierałam się już nie wiem ile, żeby go opisać.

Potrzebujemy funt (pół kilograma) krewetek. Wystarcza na dwie osoby. Z reguły używam mrożonych, ale świeże mogą też być, jak najbardziej. Gdy krewetki się rozmnażają, znaczy rozmrażają, kroję pół czerwonej cebuli i wrzucam na patelnię z oliwą. Gdy cebula jest miękkawa (po mniej więcej 5 minutach), dorzucam 3 ząbki czosnku i pół łyżeczki pepper flakes, czyli wysuszonych ziaren ostrej papryki. Przepis mówi o łyżeczce, ale to już hard core.

Do całości dodaję 1 cup (około 1 szklanki) odcedzonych pomidorów z puszki (używam pokrojonych w kostkę, zwanych tutaj diced). Chwilę podgrzewam i dorzucam krewetki.

Jeśli krewetki są świeże, trzeba je trochę podsmażyć, do momentu aż zaczynają się zwijać. Wszystko idzie do piekarnika nastawionego zawczasu na 400F (205C). Mrożone, czyli ugotowane wcześniej krewetki piekę 7 minut, świeże 10. Po tym czasie całość posypuję pokruszoną fetą (około pół funta, czyli 250 dkg) i wrzucam na dodatkowe 3-5 minut. Po wyjęciu posypuję pietruszką i voila.


Do tego świeża bułka do maczania w pysznym sosie (a jest go sporo z pomidorów i fety), wyciągam buzuki z szafy i oopa.

wtorek, 10 lutego 2009
Cztery razy po dwa razy

Myślałam, że do tej pory może Nina albo Ania napisze coś o tych nieszczęsnych ośmioraczkach, gdzie będę mogła pokomentować. No ale że nikt nie pisze, więc rada nie rada, piszę ja, bo temat chodzi za mną od momentu ich przyjścia na świat.

Dziś Tribune przedrukowuje artykuł z Los Angeles Times i w końcu ujawnia, kto i gdzie wszczepił zarodki. Klinika w Beverly Hills, oprócz skandalicznie niskiego procentu zabiegów in vitro zakończonych ciążami i urodzeniami, ma również dość bogate konto pozwów sądowych. Doktor Kamrava został pozwany m.in. przez byłych pracowników oraz współpracownika, a w trakcie procesów okazało się, że prowadził podwójne księgi podatkowe i za większość zabiegów kasował gotówkę, aby unikąć płacenia podatków. Zważywszy na to, że w 2006 na 61 zabiegów przeprowadzonych w klinice tylko 5 zakończyło się ciążami, a tylko dwa urodzeniami, doktorek nie ryzykował wiele, bo skoro miał taki niski procent ciąż, to pewnie wykombinował, że nie ma szans, żeby wszystkie 6 się przyjęło. A te skubańce nie dość, że się przyjęły, to jeszcze się podzieliły. Sam fakt, że ktoś podjął takie ryzyko, mi wydaje się głupotą, krótkowzrocznością i bezwolnym uleganiu życzeniom pacjenta wbrew zdrowemu rozsądkowi i nauce.

Nie mam nic przeciwko in vitro i metodom, które pomagają bezpłodnym parom zostać rodzicami. Jestem z nauką w tej dziedzinie na "tak " i nie kwestionuję, że dla niektórych jest to jedyna szansa na posiadanie dzieci. No ale rany boskie, jak ten lekarz kobiecie z szóstką dzieci, z historią załamań nerwowych i depresji wszczepił tyle zarodków? Czytałam wczoraj artykuł w Sun-Times, z wypowiedziami dyrektora jednego z centów leczenia niepłodności w Stanach, który wszczepienie tylu zarodków nazywa złamaniem standardów obowiązujących w tej dziedzinie, z czym absolutnie się zgadzam. Szkoda mi tych dzieci i ich matki. Szkoda, że trafiła do kogoś, kto nie umiał powiedzieć jej "stop". Cała piętnastka będzie miała przekichane życie, bo pomoc pomocą, ale raczej trudno będzie związać koniec z końcem samotnej matce z taką gromadą. Interesujące pozostaje również, jak zapłaciła ona za te wszystkie zabiegi i kto zapłaci za dwa miesiące pobytu wcześniaków w inkubatorach, choć odpowiedź właściwe jest już znana - my.

Ufff, to się wygadałam.
piątek, 06 lutego 2009
Kolekcja lutownicza

Obiecałam, że następne taśmowe zdjęcia będą od czytelników, więc na początek kolekcja przysłana przez czytelnika z blogu Lutownica (Hjuston, musisz jeszcze trochę poczekać na swoje zdjęcie).

Zaczynamy niewinnie od zestawu rowerowego: kierownica i siodełko. Co do siodełka mam wątpliwość, czy to aby na pewno duct tape, no ale niech tam, może kolor się wytarł w użyciu.

 

Następnie powiew lata i jakiś nawet nieźle wyglądający kolega-surfer, który uszkodził sobie łydkę.


Dalej robi się straszniej. Zrób to sam, czyli gajerek z taśmy. Praktyczny, bo łatwo z niego zetrzeć sos, rozlaną colę, czy rozciapkane frytki.


No i na koniec plakat, który mógłby robić za dubel do filmu "Funny Games".

Stay tuned, w przyszłości motoryzacja, hydraulika i wyprawy do sklepu.  

środa, 04 lutego 2009
Anka Amerykanka

Gdybym wszystkie testy, jakie przyszło lub przyjdzie mi w życiu zdawać były tak proste, jak ten na obywatelstwo USA, który zdawałam dziś, życie było dużo mniej stresujące i przyjemniejsze. No tak banalnego testu jeszcze nie miałam. Pytania były na poziomie "Jakie są kolory flagi Stanów Zjednoczonych" i "Kto jest prezydentem?". W następny czwartek przysięga i nareszcie koniec wypełniania formularzy, kserowania zeznań podatkowych, oddawania odcisków palców i pokazywania zdjęć weselnego tortu. Alleluja.

Update po przysiędze: Poszło w miarę szybko, choć sędzia spóźnił się pół godziny, ale za to powiedział mowę, przy której się popłakałam. Hymnu nie śpiewaliśmy, na szczęście, bo jeszcze nie znam słów. Teściowa nie dojechała, choć bardzo chciała być, ale za to podesłała mi patriotyczną broszkę, którą zdecydowałam się włożyć tylko do zdjęcia, aby nie oślepić pozostałych uczestników (błyszczy się jak wiecie co). Honory fotografów pełnili hazbend i Evek, którym dziękuję za wstanie o wczesnej porze, aby ze mną być w tym, jakby nie patrzeć, ważnym dniu. Od firmy dostałam piękny bukiet tropikalnych kwiatów i mnóstwo gratulacji. To teraz, jak to śpiewał Kukiz, my już są Amerykany.  

wtorek, 03 lutego 2009
Szerokiej drogi?

W weekend temperatury podskoczyły powyżej zera i ludzie w mieście dostali małpiego rozumu. To, co się działo na ulicach (przynajmniej w okolicach, gdzie ja jeździłam) przypominało przedświąteczną histerię. Normalnie pół miasta wyległo w sobotę, żeby gdzieś jechać, włącznie z kierowcami niedzielnymi, którzy prowadzili się niczym na pogrzeb 25 mil na godzinę. Bajzel na drogach trwał do wieczora i to do tego stopnia, że nie dotarłam na film, na który jechałam. Droga, która normalnie zajmuje mi 30 minut, zajęła 45 i dotarłam pod kino z 10 minut po rozpoczęciu seansu. No ale postanowiłam mimo wszystko zaryzykować i z wrażenia przejechałam wjazd na parking. Zanim zawróciłam, minęło kolejne 5 minut, a jak już dojechałam, to zobaczyłam, że wjazd na parking jest zamknięty, bo przecież ci wszyscy ludzie musieli akurat w tym samym czasie wybrać się do tego samego kina. Myślałam, że mnie tam apopleksja utłucze. Okolica taka, że ni cholery nie znajdziesz miejsca na ulicy, było już 15 minut po rozpoczęciu filmu, więc klnąc na miasto, ludzi, pierdzielone dziury w jezdni, wróciłam do domu. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się cholernie zmęczona życiem w mieście.

Chicago ma swoje plusy, ale jednym z największych minusów jest beznadziejna sieć dróg w mieście. Praktycznie wszędzie trzeba jeździć po ulicach. Nie da się dojechać autostradą, jak jest np. w rodzinnym mieście męża Columbus, które ma tyle autostrad, że w każdy niemal punkt miasta da się dojechać bez stania w korkach na ulicach. W Chicago można sobie co najwyżej dotrzeć do centrum korzystając z wiecznie zatłoczonej I-90/94. Jest niby jeszcze I-290 na południe od downtown, ale jej zakres jest jeszcze mniejszy niż 90/94.

 

Czasem po prostu nie chce ruszać tyłka i jechać np. do Lakeview do jakiejś fajnej knajpki, bo muszę tam dotrzeć po ulicach, co zajmie mi 40 minut. Może winna temu ta cholerna zima, może ja się starzeję i nie chce mi się nosa wyściubiać poza własne kąty.

A film ("Milk", recenzja wkrótce) widziałam w niedzielę. Dojechałam w pół godziny. I parking był otwarty. No żesz.