My kind of town

piątek, 29 lutego 2008
Darmowe piwo jutro

Okay, let’s be done with it. Ostatnia odsłona hydroopery i już więcej nie będę Was męczyć remontem. No, chyba że zacznę jakiś nowy he he.

Zdjęć sypialni, pralni i części, w której mąż będzie trzymał swoje zabawki (gitary, trąbkę, banjo i komputery) nie robiłam, bo nie ma tam na razie nic ciekawego prócz pomalowanych ścian, wykładziny i paru stolików z Ikei, no a łazienka, jak to łazienka, każdy wie, co tam jest. Pozostaje więc gwóźdź programu, czyli bar, który przedstawia się tak.


Na wystawce trunki będące w częstym użyciu.



Szkło trzymamy pod sufitem, żeby Corona nikomu z głowy nie spadła.


W lodówce podręczny zapasik piwa.


Jeśli ktoś się nadto spije, mąż jako barman umywa ręce.


A jak ktoś za bardzo rozrabia, zostanie potraktowany batem z Kolorado.


Część, gdzie można się rozłożyć, pooglądać Oskary albo nawet podrzemać w trakcie imprezki (jak spojrzycie na drugie zdjęcie z poprzedniego remontowego wpisu, to kanapa stoi w miejscu tej zielonej budki).


Tak to wygląda w praktyce.


Czym chata bogata, darmowe piwo jutro.


W piątki wstęp darmowy dla pań, w soboty wjazd pięć dolarków od łebka i muzyczka z lat 70. i 80. Organizujemy imieniny, urodziny, obchodzy rocznicy 3 maja, polskich, amerykańskich i meksykańskich świąt niepodległości oraz tzw. „spontany” bez okazji. Ceny konkurencyjne, obsługa i trunki na najwyższym poziomie. Happy hour codziennie.

17:59, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (39) »
czwartek, 28 lutego 2008
Jak utopić Marzannę?

Ewa pokazała dziś u siebie topniejącego bałwana i ten widok skojarzył mi się z obrazkiem z czasów młodości, gdy w pierwszy dzień wiosny topiło się Marzannę. I tak sobie pomyślałam, że gdybym chciała kultywować tradycję, to gdzie ja bym z tą Marzanną poszła w Chicago? Zaraz by mnie pewnie złapali za zaśmiecanie rzeki, a jakbym chciała jeszcze ją podpalić (kukłę, a nie rzekę), to dostałabym pewnie mandat za fire hazard. Z ogniem to w ogóle jest problem, bo np. długo nie wiedziałam, że we własnym ogródku nie mogę rozpalić ogniska. Można więc zapomnieć o pieczonych ziemniakach i kiełbaskach, że o paleniu liści jesienią nie wspomnę. Grill – proszę bardzo, ale ognisko już nie. Pewnie dlatego, że domy stoją bardzo blisko siebie i byłoby to jakieś zagrożenie. Ja mam typowo polskie podejście do ognia i widząc kiedyś sąsiada palącego liście, ledwie wzruszyłam ramionami, podczas gdy mąż już chciał dzwonić po straż.

Takich przydomowych ograniczeń jest zresztą więcej. Skoszonej trawy, czy innych ogrodowych odpadków (yard waste) nie można ot, tak sobie wrzucić do śmietnika, tylko w niebieski worek do resajklingu. W drastycznych przypadkach śmieciarze mogą donieść, gdzie potrzeba i skończy się na mandatem. Podejrzewam, że to właśnie oni donieśli na nas w początkach naszego remontu, gdy wyrzuciliśmy obok śmietnika mnóstwo desek i wszelkiego badziewia z piwnicy. Za parę dni pojawił się inspektor budowlany, który chciał zobaczyć, czy mamy wszystkie pozwolenia na remont własnej piwnicy (o pozwoleniach pisałam tutaj).

Gdybym chciała pozbyć się drzewa, które rośnie przy domu, też pewnie musiałabym mieć zgodę miasta. Mówi się tutaj, że my house is my castle, ale chyba jednak nie do końca.

środa, 27 lutego 2008
Koniec hydroopery

Wiedziałam (choć momentami mocno wątpiłam), że ta chwila nadejdzie i w końcu nadeszła. Po ponad roku zmagań, wydanych tysiącach dolarów, kilkudziesięciu wyprawach do Home Depot, Menards, Lowe’s, setkach niecenzuralnych słów, nieprzespanych nocach, mogę w końcu powiedzieć, że wielki remont piwniczny został zakończony! Oczywiście, nie wszystko jest tip top skończone, ale co ma działać, działa, mieliśmy już pierwszych gości i zrobiliśmy małą imprezkę otwierającą, a mój na własnej piersi wyhodowany mąż spoił mnie piekielną nalewką z malin, wódki i spirytusu.

Po drodze zdążyliśmy przeżyć parę załamań nerwowych, zakończonych przerwaniem prac na jakieś dwa miesiące, wątpliwościami, czy kiedykolwiek skonczymy oraz nieustannym odnajdywaniem fuszerek, których dopuściła się chyba każda z ekip. Jedyną osobą, po której nie trzeba było nic poprawiać albo przypominać, że coś nie zostało zrobione był elektryk. Reszta: hydraulicy, stolarze, panowie do drywalla, spece od ogrzewania zdążyła dziesiątki razy doprowadzić nas do szału i łez.

Kto nie przeżył zimy, ten nie doceni lata, więc zanim przedstawię stan obecny, najpierw pokażę, co miałam pod podłogą przez cały 2007.

Tak wyglądała piwnica, gdy w grudniu 2006 wyrzuciliśmy z niej wszelki badziew nagromadzony przez 3 lata.



Stan ten nie trwał długo i już wkrótce została na nowo zagracona przez hydraulików, którzy jako pierwsi rozpoczęli prace.

Wszystko było pięknie, do czasu aż okazało się, że rury ściekowe są w strasznym stanie (niektóre rozpadały się po puknięciu młotkiem) i trzeba przekopać pół piwnicy, aby je wymienić.

W lutym zaczęły się wykopki niczym w peerelowskim pegerze. Według tego, co powiedzieli nam hydrualicy w trakcie wymiany rur wynieśli jakieś 3 tony ziemi i gliny. W domu przez tydzień rozchodził się średnio przyjemny zapaszek ścieków, a Ewa określiła to, co się działo mianem hydroopery.


Wymiana rur była najbardziej depresyjnym i jednym z najdroższych etapów remontu. Potem...eh, potem to juz poszło, jak z płatka: najpierw rama pod suchy tynk.


Nastęnie sam suchy tynk.


Pierwszy zalążek baru.


No i w końcu…


Ale o tym w następnym wpisie. 

17:52, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (14) »
piątek, 22 lutego 2008
Poczytaj mi, żono

Poszłam przedwczoraj do polskiej księgarni i po pół godzinie łażenia między półkami wyszłam z trzema świnkami, Jasiem i Małgosią oraz Jankiem Brzechwą. Zestaw przedszkolny zażyczył sobie mąż, który postanowił przenieść naukę polskiego na zaawansowany poziom i zacząć czytać polską literaturę.

Mąż opanował polski w stopniu, który pozwala mu rozumieć moje rozmowy po polsku i od czasu do czasu wtrącać znaczące „aha”, „tak” i „nie”. Skończyły się więc beztroskie czasy, gdy mogłam siedzieć sobie z nim na kanapie i rozmawiać obok z koleżanką, a on nie miał pojęcia o czym gadka. Teraz muszę się pilnować, bo łapie z kontekstu całkiem sporo i trzymać język za zębami zanim powiem na głos, co chcę mu kupić na urodziny.

Szkoły i kursy polskiego nie przypadły mu do gustu. Program Rosetta Stone mu nie pasował, a do kursu w collegu zraził się, gdy ze dwa czy trzy lata temu poszedł na jeden i zrezygnował po paru miesiącach. Nauczycielka była podobno wredną babą, która na pytanie o przypadki mówiła mu, że nie potrzebuje tego wiedzieć. Zamiast więc pani doktor habilitowanej, wkładałam mu do głowy różnice między dopełniaczem a biernikiem. Zapału nie starczyło nam obojgu na długo i od jakiegoś czasu mąż uczy się polskiego z doskoku, łapiąc słowa i wyrażenia z życia codziennego. Zwierzyniec ma już opanowany (no wiecie – „kotku”, „misiu”, „rybko”, „pszczółko” itd.), napoje przerobił w tempie ekspresowym (piwo, wino, wódka, sok), narodowe zaśpiewki przetrenowane („Gorzka wódka”, „Sto lat” i „Na zdrowie”), podstawy małżeńskie w małym palcu („Tak, kochanie” oraz „Nie rozumiem”), więc teraz pora na wierszyki o kaczce dziwaczce i o dziku, który jest dziki.

Na razie jednak przeraził się, gdy przeczytałam mu o żubrze („Pozwólcie przedstawić sobie: Pan żubr we własnej osobie. No, pokaż się, żubrze. Zróbże minę uprzejmą, żubrze.”), bo za dużo tych nieszczęsnych „ż” się tam przewija. Mam nadzieję, że z „ż” pójdzie mu tak dobrze, jak z „r”. Wymowę słowa „rabarbar” opanował bezbłędnie i testowany ostatnio przez naszych polskich znajomych „rrrabarrrbarrrował” bez zająknięcia. Problemy ma za to z rzeczownikami kończącymi się na „ń”. „Koń” brzmi bardziej jak „koni”, a „kwiecień” to już klęska, bo i „k” razem z „w”, a do tego to „ń”. No ale mimo to jestem optymistycznie nastawiona.

Pisanie idzie mu za to nieźle. Oto notka, którą zostawił panom montującym listwy tuż po tym, gdy położono nową wykładzinę.


Przy okazji kolejnej wizyty w Polsce, muszę przebobrować strych u rodziców i znaleźć książeczki z cyklu „Poczytaj mi, mamo” (tak się chyba nazywały), bo byłyby idealne do nauki. A potem mąż będzie mi recytował: „O większego trrrudno zucha, jak był Stefek Burrrrczymucha”, a może kiedyś nawet przejmie się losem „Naszej szkapy”. 

16:55, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (28) »
środa, 20 lutego 2008
Dyrektor do spraw piwa

Idealna praca dla tych ze zdrową i prężną wątrobą. CBO, czyli pierwszy w historii Chief Beer Officer pracuje dla hotelu Four Points sieci Sheraton. Lat 28, pensja niewiadoma, pokonał w drodze na dyrektorski stołek 8 tysięcy kandydatów i zaczyna dzień od testowania piwa po mikrobrowarach, czyli lokalnych fabryczkach piwiarskich. A jak mu ktoś zarzuci, że pije w pracy, to zawsze może odpowiedzieć: „Pani Kierowniczko ! Takie jest odwieczne prawo natury! Czy ja piję?! Pani Kierowniczko! Ja piję przez cały czas! Na okrągło!”

Niezła fucha. Szczegóły do przeczytania tutaj.

19:17, aniabuzuk , www
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Nocne jastrzębie

Macie czasem tak, że gdy stoicie przed dziełem sztuki to chce się Wam prawie płakać z wrażenia? Mi się zdarza, a ostatnio w sobotę.

Co tu pisać. To trzeba zobaczyć. Wystawa nasłyniejszych płócień i akwareli Edwarda Hoppera oraz Winslowa Homera wyrywa z butów (wiem, że to nieeleganckie określenie, ale na nic lepszego mnie dziś nie stać). I nie tylko tytułowe Nighthawks robią wrażenie; inne pełne kontrastu obrazy Hoppera, ukazujące życie Nowego Jorku oraz cykl poświęcony latarniom morskim zostawiły mnie w stanie zachwytu. Dzięki Bogu za Art Institute i jego kuratorów. Przedłużam członkostwo.


                                   Zdjęcie ze strony Art Institute www.artic.edu/aic/ 

20:53, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (10) »
piątek, 15 lutego 2008
Po strzelaninie na NIU

Trafia mnie szlag, gdy czytam coś takiego:

The shooting was a grim reminder of the problem of keeping the traditionally open atmosphere of a college campus while protecting overall safety.

Nie otwarte drzwi collegów i uniwersytetów są problemem, ale fakt, że każdy oszołom bądź człowiek z zaburzeniami emocjonalnymi może tak łatwo kupić broń. Strzelaniny na uniwerkach, czy szkołach średnich stały się amerykańską specjalnością, a dorzucić do tego jeszcze trzeba snajperów polujących na ludzi przy autostradach i innych psycholi. Nie wiem, czy robią to dla sławy, czy z agresji przeciw innym ludziom, pozostaje jednak faktem, że każdy z nich gdzieś zdobył broń i zrobił z niej użytek. 

czwartek, 14 lutego 2008
Śnięty Walnięty

Zgodnie z przewidywaniami pół biura na czerwono albo różowo. Ja na czarno od stóp do głów (z premedytacją). Koleżanka (ta od kaszlu) już zdążyła mi coś na ten temat powiedzieć. Odpowiedziałam, że nie świętuję. Mission accomplished i mam spokój do końca dnia.

17:41, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (24) »
sobota, 09 lutego 2008
Chicagowska pizza

Nie wiedziałam, że pizza też ma swój dzień w kalendarzu, ale jak donosi Gazeta.pl przypada on właśnie dziś, więc w takim razie z tej okazji prezentuję wypieki męża: klasyczna pepperoni (moja ulubiona) i w wersji wegetariańskiej.



Szlagierem chicagowskim jest natomiast tzw. deep-dish pizza, czyli pizza, która ma dwa ciasta nałożone na siebie, przełożone nieprawdopodobną ilością sera z mięsem lub ze szpinakiem. Moja ulubiona pochodzi z Giordano’s i wyglada tak.


www.arktimes.com

Jeśli jednak chodzi o tradycyjną pizzę na cienkim cieście, to jestem rozpuszczona jak dziadowski bicz i choć jem regularnie pizzę z przeróżnych chicagowskich pizzerni, to i tak najbardziej smakuje mi ta w wykonaniu męża.

czwartek, 07 lutego 2008
Odsalanie butów

Z cyklu: czego to się człowiek nie dowie o urokach wspaniałej chicagowskiej zimy. Co się robi, gdy na z wieczora wypucowanych i wypastowanych butach ogląda się rano ku swojemu zdziwieniu wielkie białe plamy soli, która wylazła przez warstwę pasty? Kupuje się odsalacz do butów. Jedno pociągnięcie i po soli ani śladu. Polecam.

Niedługo będę musiała się zmienić adres bloga na pogodawchicago.blox.pl 

18:16, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2