My kind of town

wtorek, 27 lutego 2007
St. Anthony’s chain (free download)

Dostałam ten program od Imme i ledwo otworzyłam załącznik, a wirus zaczął niekontrolowanie rozprzestrzeniać się po całym blogu.  Oto pięć sekretnych plików, których albo nigdy wcześniej nie ujawniłam albo na tyle zatarły się w twardych dyskach czytelników, że nie będą pamiętać, że o nich pamiętali, a ja nie będę im pamiętać, że nie pamiętają.

1. Zdarzyło mi się publicznie nosić koszulkę z podobizną DiCaprio, gdy byłam już całkiem dorosłą dwudziestoczteroletnią pannicą. Na usprawiedliwienie powiem, że ja go bardzo lubię.

2. Od jednego z profesorów na uniwerku usłyszałam (po egzaminie), że z takimi nogami powinnam być modelką. Zachodzę w głowę, czy opinie na temat moich wysnuł po obejrzeniu nóg Kate Moss czy Naomi Campbell. Różnica, przyznacie, dość zasadnicza.

3.To nie jest jakiś wielki sekret, ale uwielbiam jeść kaszankę na śniadanie w niedzielę. To zwyczaj z czasów, kiedy tata smażył córeczce przyjeżdżającej na weekendy świeżutkie krupnioki albo kaszankę grillową, a ja wstawałam obudzona zapachem z kuchni. Niestety, z powodu braku dobrej jakości kaszanki w Chicago, zwyczaj praktykuję tylko podczas pobytów w Polsce.  No, kaszana normalnie.

4. Mam niewyparzony jęzor i dużo przeklinam. Język nie ma znaczenia, aczkolwiek niemiecki i rosyjski trochę mi się zatarły w pamięci.

5. Gdy jestem pod wpływem alkoholu zdarza mi sie śpiewać przez okno samochodu do muzyki lat 70-tych: regularnie do Abby albo Donny Summer. Wygląda to tak, że jadę i gdy widzę ludzia na chodniku, to opuszczam szybę i śpiewam: gimme, gimme, gimme! Samochód prowadzi oczywiście mąż, też wypatruje przechodniów, podgłasza muzyczkę kiedy trzeba, zamyka okna, żebym się nie zaziębiła i w dba o mój image w trakcie występu. Jest wesoło.

Z zasady nie przesyłam takich plików znajomym. Serio mówię. Suvka, jak Hjuston wróci z NZ, to powiedz jej, żeby powiedziała Thernity, że u Sorbet5 czeka Ewa777 z podwieczorkiem. Evek i Lonelystar już jadły w Evity, a wujek Zdzisek jeszcze czuje pączki z Nowego Orleanu, więc tylko pięć pierwszych pań będzie obecnych.

00:02, aniabuzuk , www
Link Komentarze (29) »
niedziela, 25 lutego 2007
52 piętra po schodach drapacza chmur

Powiem Wam, że ta wspinaczka w Hancocku to nie była bułka z bananem. Na siłowni wydaje się to łatwiejsze niż jest w rzeczywistości. No ale po kolei. Z koncertu wróciliśmy o 1 w nocy, a wstaliśmy o 6:30 rano, szybkie śniadanie, czerwona koszulka na plecy i pojechaliśmy do centrum. Mimo wczesnej pory, w budynku setki ludzi: jedni już czekali w kolejce, inni się rozgrzewali lub robili pamiątkowe zdjęcia. Parę minut przed 8:15 wjechałam wraz z kolegami z pracy windą na 42. piętro i stamtąd przeszliśmy do stanowiska startowego po drodze mijając ogromne maszyny, pompy i filtry, słowem serce drapacza chmur. Zaczęłam o czasie. Co kilka pięter stały pojemniki z wodą, cheerleaderki z pomponami dopingujące wspinaczy oraz ratownicy na wypadek, gdybyśmy tam mdleli. Najbardziej podobała mi się naklejona na półpiętrze kartka “Relax…” Ruszyłam swoim tempem, ale w sumie szłam szybciej niż na siłowni. Koledzy z pracy zaczęli biegiem i chyba biegiem skończyli, szaleńcy. Pozazdrościć formy. Około 65. piętra nogi zaczęły mnie ostro boleć, a oddech był coraz krótszy, ale jakoś się przemęczyłam, aby w chwale i glorii dotrzeć na 94. piętro, gdzie mieściła się meta i taras widokowy. Czekał już tam na mnie medal, banan, butelka wody, łuk triumfalny z balonów, mąż, Ewa oraz Marxx i Karina (nie wiem, czy życzą sobie, aby podawać imiona – jeśli tak, dajcie znać, to wstawię - własnie wstawilam). Wielkie dzięki dla Was za wczesną pobudkę i obecność na mecie; szkoda tylko, że niebo nad Chicago było zachmurzone, a widoczność przez okna zerowa. Swój czas oraz wynik zespołu poznam we wtorek. Kilka osób z firmy wspinało się pełne 94 piętra – no to już jest heroizm.

Na zdjęciach: finisz oraz pamiątkowy medal (pierwsze zdjęcie autorstwa Ewy).

Update: Nadeszły wyniki. Mój oficjalny czas 12 minut i 52 sekundy.

piątek, 23 lutego 2007
Wspinaczka w Hancocku

Tylko najstarsi górale mogą pamiętać, że w niedzielę wspinam się po schodach Johna Hancocka, trzeciego pod względem wysokości drapacza chmur w Chicago. Pokrótce przypomnę, że wspinaczka jest akcją charytatywną organizowaną przez American Lung Association of Metropolitan Chicago na rzecz walki z chorobami płuc. Kasą sypnęła moja firma, a ja ograniczyłam się do wyciskania siódmych potów na siłowni w okresie przygotowawczym. Uczciwie się przyznam, że chodziłam na siłownię, nie tak często jak powinnam wprawdzie, ale zapoznałam się z maszyną zwaną „stair climbing system”, na której przekonałam się, że te 52 piętra to nie w kij dmuchał i można się solidnie zmęczyć. Raz myślałam, że wypluję płuca i to na mnie będą musieli zbierać.

W niedzielę wystartuję o drakońskiej 8:15 rano. Hazbend oraz Evek będą czekać na linii mety, czyli na samym czubku budynku i robić pamiątkowe zdjęcia. Oczywiście, oni wjadą windą. Pogotowie też będzie czekać na wypadek omdleń, a zważywszy na to, że w sobotę idę z hazbendem na późnowieczorny koncert, to kto wie co się może zdarzyć. Dlatego mam pytanie do czytelników: jeśli zdarzy mi się zemdleć, czy ratownicy podbiegną do mnie szybciej, gdy będę miała na sobie alarmująco czerwoną koszulkę, czy skromną szarą? Która ładniejsza (czytaj: w której będę ładniej wyglądać)?

As some of you might remember, this Sunday I am doing the stair climbing at the John Hancock building. It is a fundraiser organized by the American Lung Association of Metropolitan Chicago. The money was generously donated by my firm, and all I have been doing over past three months was sweating at the gym. I have been exercising as much I could, and done some of training on a „stair climbing system” machine which was once did not go very well, and I thought that the fundraiser would be for me to save my lungs.

Anyway, Adam and my friend Ewa are going to wait for me at the finish lane, and taking photos. Paramedics will be also present in case of people fainting. If it will happen to me, would they come to me faster if I wear a bright red t-shirt, or a modest grey? Which one is better (meaning: which one would I look better in)?

czwartek, 22 lutego 2007
Dziś jestem na nie

Słowo na dziś: asertywna odmowa. Nie jest podobno moim ulubionym słowem. Muszę zapytać się mamy, czy był to rzeczywiście pierwszy wyraz, jaki wypowiedziałam, ale nawet zadzwonić do domu nie mogę, bo telefony w firmie nie gadają (dzwonię używając karty, nie myślcie, że wydzwaniam na koszt firmy), a z komórki nie będę sobie rachunku nabijać. Nie chciało mi się wstawać bardziej niż zwykle. Tata nauczył mnie wstawać jak strażak, więc gdy chodziłam do przedszkola, to nie było wylegiwania się pół godziny po tym, jak mnie obudził, tylko raz-dwa wstawałam (albo raczej on mnie ściągał z łóżka). Tak mi zostało i gdy muszę wstać (o weekendach tutaj nie rozmawiamy), to wstaję zaraz parę minut po budziku. A od dwóch dni dźwigiem mnie nie można ściągnąć. Język mi się dziś plącze i poza zdania proste dziś nie wyszłam, a o podrzędnie złożonych mogę zapomnieć. Żałuję w takich momentach, że nie znam języka migowego, bo mogłabym się porozumiewać ze światem za pomocą gestów („comeback to the stone age”). Weszłam rano do Caribou, gdzie chodzę od wielkiego dzwonu i dziś, gdy ten dzwon bił niczym wawelski Zygmunt przed wigilią, to akurat w kolejce było jakieś 25 osób. Obiecałam koledze, że pójdę dziś wieczorem obejrzeć sztukę, w której gra jego żona – kultury nigdy za wiele, ale czemu dziś? Bo tydzień temu mi się nie chciało. Ale pójdę, bo nie mogę się już wykręcić sianem. No sami widzicie, że z tym nie to niełatwa sprawa. No nie?

******

Update: No dobra, koniec miaukania, przeszło mi wczoraj, gdy poszłam do teatru na ten musical, w którym gra żona kolegi z pracy. Lonelystar, Ty pewnie będziesz wiedziała, gdzie jest Mercury Theater, tuż obok Music Boxu. Teatr malutki, w życiu nie byłam w tak małym, więc siedząc w dziesiątym rzędzie miałam wrażenie, że jestem pod samą sceną, co uświadomiło mi, że ja to i owszem siedzę sobie wygodnie i blisko, ale aktorzy to mogą mieć całkiem sporą tremę będąc tak blisko widzów. Powiem Wam, że jak na taki teatrzyk, to przedstawienie było całkiem sporą produkcją, opowiadającą historie Buddego Hollego, chłopaka z Teksasu, który w latach pięćdziesiątych rozpalał Amerykę rytmami rock n’ rolla. Muzyka grała więc na żywo, panie i panowie śpiewali nawet czysto, więc zabawa była przednia, zwłaszcza że całe to przedstawienie odbywało się z udziałem publiczności, która została wciągnięta do akcji. Nie nazwałabym tego sztuką przez duże „S”, ale na pewno dobrym sposobem na pozbycie się „nie”. Jestem więc od dziś na tak. 

20:53, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (6) »
środa, 21 lutego 2007
Balti shrimp with vegatables in hot sauce

Jest to idealne danie, gdy nie chcemy napracować się jak dziki osioł, ale jednocześnie zrobić wrażenie na znajomych, czy rodzinie. Nie jest to danie wielce skomplikowane, ale niewątpliwie ze wszystkich, które opisałam jest najbardziej praco- i czasochłonne, a także zawiera sporą liczbę składników, których na co dzień nie trzymamy w kuchni.

Zaczynamy od szybkiego podsmażenia w woku 1 teaspoon ziaren gorczycy (mustard seeds). Piszą, żeby smażyć na trzech łyżkach oleju z kukurydzy, ale kto by się tym przejmował. Dorzucamy pół torebki zamrożonego kalafiora albo pół swieżego, pokrojonego w małe kawałki. Do tego 6 pokrojonych w plastry średniej wielkości ziemniaków, ½ cup mrożonego grochu i 8 małych marchewek (baby carrotts) lub dwie normalnej wielkości, pokrojone w paski lub krążki. Smażymy to wszystko w woku, aż zmięknie. W czasie, gdy to wszystko nam się pięknie pitrasi, krewetki się rozmrażają, a ryż gotuje. Ryż jest nieobowiązkowy, gdyż balti shrimp same w sobie są daniem na tyle treściwym, że nie potrzeba dopychać się już ryżem. Kroimy w plastry dwie średniej wielkości cebule i smażymy na oddzielnej patelni, aż cebulka się zrumieni i zmięknie. W międzyczasie przygotowujemy esencję całego dnia. W głębokim talerzu bądź w misce mieszamy następujące składniki:

  • 2 tablespons pomidorowego puree. Jak nie mam puree, to zastępuję je zwykłymi crushed tomatoes z puszki, bo różnica między rozgniecionymi na miazgę pomidorami a puree w zasadzie żadna.

  • 1 teaspoon ground coriander. Podają mi tu słowniki, że coriander to nasza kolendra. Może być; ważne, aby była zmielona na proszek.

  • 1 teaspon ginger pulp. Można również użyć świeżego imbiru, jak nie mamy pulpy – wybrać około calowy kawałek, obrać i zetrzeć na tarce.

  • 1 teaspoon czosnku. Piszą, żeby była to „pulp”, więc albo przepuszczamy przez wyciskarkę do czosnku, albo kroimy w bardzo drobne kawałki. Używam wyciskarki.

  • 2 tablespoon soku z cytryny

  • 1 ½ teaspoon chili

  • Sól . W przepisie oryginalnie 1 teaspoon, ale wsypuję najwyżej jedna trzecią.

Jak już wymieszamy przyprawy, to łączymy je ze zrumienioną cebulę, a całość przekładamy do woka z ugotowanymi warzywami. Do tego dokładamy krewetki i pozwalamy im się trochę popichcić, aby nabrały aromatu. Na koniec dolewamy ½ cup śmietany i voila.

                  

Ponieważ ostatnio tylko krewetki i krewetki i orientalne dania, więc następnym razem obiecuję, że wybiorę coś innego niż owoce morza.

Fedex sucks

Wiecie co, ja to nie mam szczęścia do usług pocztowych w tym kraju. Co niektórzy czytelnicy być może pamiętają, że poczta mnie straszyła, kazała czekać w nieuzasadnionej kolejce, a na moją listowną skargę zwróciła mi list z dopiskiem, że nie ma takiego adresata. Tym razem zaprzyjaźniłam się z Fedexem. Tydzień temu wysyłałam ważne dokumenty do Polski. Zależało mi na czasie, więc gdy pani w Kinko's zaproponowała mi dostawę w ciągu dwóch dni na piątek albo dłuższą i tańszą na poniedziałek, wybrałam opcję droższą, ale szybszą. Zapłaciłam 164 dolary. Wiem, wiem, na głowę upadłam, ale był mus. W sobotę dostałam alarmujący email od adresata, gdzie jest przesyłka. Sprawdziłam tracking number i okazało się, że podziwia Pola Elizejskie na przemian z wieżą Eiffla w Paryżu. No żesz. Zadzwoniłam do nich z pytaniem, co jest grane. Pani nie była w stanie mi odpowiedzieć, jaki jest powód opoźnienia i poleciła zadzwonić, tam gdzie przesyłka była nadawana. Powiedziałam jej, że jestem zdenerwowana i rozczarowana jakością ich usług. Co więcej mogę zrobić, jak mi baba nie chce nic powiedzieć.

W końcu poszłam do Kinko’s, gdzie nadawałam przesyłkę, która doszła na poniedziałek. Pani, ta sama, która przyjmowała, wyjaśniła, że opóźnienie było z winy pogody i bardzo jej przykro. Pytam się jej, czy w takim razie mogą mi zadośćuczynić z powodu tego opóźnienia i dodałam, że koszt przysyłki z dostawą na poniedziałek był jakieś 55 dolarów niższy. Na co ona, że zadzwoni i zapyta, czy wyrównają mi różnicę. No, już widzę, jak zadzwoni. Pytanie więc, czy mam dzwonić jeszcze raz i próbować wyrwać im te 55 dolców, czy gra nie warta świeczki, czy czekać aż mi przyślą coś w rodzaju store credit. Póki co, Fedex sucks.

O krewetkach będzie później.

17:26, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 lutego 2007
W Szałasie u górali

W zamyśle miało być dziś o krewetkach, ale zapomniałam spisać przepis, a niestety nie pamiętam z głowy. Ale będzie też poniekąd o jedzeniu, tym razem polskim. Wspominałam, że wybieraliśmy się do góralskiej restauracji Szałas. Pojechaliśmy tam w sobotę i podobnie, jak za pierwszym razem, teraz też było świetnie, a nawet lepiej, bo przygrywała nam góralska kapela. Jedzenie na piątkę. Najlepszy bigos na świecie robią moi rodzice (produkcja wspólna, inaczej nie wyjdzie), ale ten w Szałasie, muszę przyznać, był więcej niż bardzo dobry. Widać, że renoma restauracji zatacza szersze kręgi, zwłaszcza po tym, jak Szałas zagościł na ekranach chicagowskich telewizorów w programie „Check, please” Prowadząca program każdego tygodnia zaprasza trójkę Chicagowian do zrecenzowania ich ulubionej restauracji i kilka tygodni temu właśnie Szałas był jednym z bohaterów programu. Każdy z gości odwiedza restauracje polecane przez pozostałą dwójkę, a potem przed kamerami przedstawiają swoje opinie na temat swojej ulubionej knajpki i dwóch pozostałych. Szałas zebrał bardzo pochlebne opinie i wszyscy podkreślili autentyczność miejsca, wspaniały wystrój i doskonałe jedzenie. Hazbenda do polskich potraw nie trzeba namawiać - poza flaczkami i pasztetem, który określił kiedyś mianem „cat food” ze względu na zapach wątroby je wszystko, a szwagierstwo też nieźle sobie radziło. Obok nas siedziała amerykańska rodzina, która założę się, że dowiedziała się o Szałasie z „Check, please” i przyszła sprawdzić. Niestety, chyba nie bawili się dobrze, nawet, jak kapela stała niedaleko i rypała na skrzypcach, pośpiewując gromko, to nawet nie raczyli spojrzeć w ich stronę i obejrzeć góralskie stroje. No trudno, każdemu przecież nie dogodzi.

W Szałasie jest również bardzo przyjemnie zaopatrzony bar. Jill, moja szwagierka, znaczy się żona szwagra, siadła dziarsko na stołku, rąbnęła dłonią w bar i powiedziała barmanowi „krupnik, proszę” wzbudzając powszechny aplauz. Krupniku nigdy nie próbowali, więc postanowiłam ich zapoznać z tym trunkiem i bardzo im smakowało. Mi też, ma się rozumieć. Jakiś pan siedzący obok szwagra Johna, widząc, że John sączy krupnik pokazał mu wiadomym gestem, żeby wychylić do dna, co John skwapliwie uczynił.

Poniżej kilka zdjęć, nie najlepszej jakości, ale zajęta byłam piciem Okocimia, więc sami rozumiecie co i jak. No to patrzojcie cepry i dziwujcie jakie to cuda som w tej karcmie, a pieniążków nie załujcie i do Szałasa przyjeżdżojcie!

 

Hey guys, I just made a post about our visit in Szałas. Jill, I mentioned you and “krupnik, proszę!” and John drinking krupnik in one sip as one of the guys next to you suggested. We’ll repeat it next time you come to Chicago. In the meantime, please practice drinking vodka straight, and pronunciation of “na zdrowie”, “sto lat” (hundred years) and “wódka, proszę”. The photos are not great, but Okocim was.

poniedziałek, 19 lutego 2007
After the weekend

No więc weekend udał się przednio. Byliśmy na Body Worlds i w Art Institute na  wystawie prezentującej dokonania Ambroise’a Vollarda, jednego z najlepszych marszandów przełomu XIX i XX wieku. Buszko777, miałaś rację – ekspozycja przednia, 250 eksponatów z Cezzanem, Gaugainem i Picassem na czele, uczta dla oka i duszy. Bardzo podobał mi się temat przewodni – nie malarze i ich dzieła, ale Vollard i jego praca. Marszand okazał się być niezwykle wdzięcznym obiektem dla wielu swoich podopiecznych i wystawa prezentuje przynajmniej kilkadziesiąt jego portretów na czele z absolutnie genialnym kubistycznym portretem autorstwa Picassa. Chicagowianie, do Art Institute!

Parę słów o Body Worlds2. Jeśli ktoś nie widział pierwszej części, z drugiej na pewno nie wyjdzie rozczarowany. Po obejrzeniu obu wystaw, nasuwa mi się jednak wniosek, że albo van Hagens nie miał za dużo czasu na przygotowanie drugiej części albo po prostu ciut złagodniał. Pierwsza część była eksplozją jego zwariowanych wizji i zdecydowanie bardziej szokująca niż kontynuatorka. Body Worlds w pełnej krasie przedstawiało kontrowersyjne pomysły profesora, który zaprezentował publiczności jeźdzca na koniu trzymającego w ręku własny mózg oraz pana z elegancko przewieszoną przez rękę własną skórą. Przyznacie, że jest w tym coś więcej niż tylko chęć pokazania nam ludzkiego ciała. W drugiej odsłonie zdecydowanie mniej jest takich surrealistycznych wizji, ale nadal można dokładnie zobaczyć, co mamy w środku. Powszechny „zachwyt” nieodmiennie wzbudzają leżące obok siebie preparaty zdrowych płuc i płuc nałogowego palacza oraz górnika. Dwa ostatnie są czarne niczym smoła lub węgiel. Do tego zdeformowany kręgosłup, wszelkiego rodzaju guzy i cysty, ale nie będę psuć zabawy, tym którzy jeszcze nie widzieli. Wujek Zdzisek wspomniał o macaniu mózgu, czyli jak sądzę o tym, że miał okazję dotknąć spreparowany mózg. Tego u nas nie dawali, za to miałam możliwość potrzymania w ręku kawałka płuc i wątroby oraz nerki, która rozczuliła mnie bardzo, bo przypominała wyglądem i kolorem naszego polskiego ziemniaka. Kilka eksponatów stoi w szklanych gablotach, ale większość nie ma żadnych zabezpieczeń i można zajrzeć figurom głęboko w oczy.

Dla osób, dla których słowa „ z prochu powstałeś, w proch się obrócisz” mają dosłowne znaczenie, wystawa Body Worlds2 nie jest miejscem na spędzenie niedzielnego popołudnia. Szanuję to, bo nie każdy ma ochotę oglądać ludzkie ciała, mimo iż wszystkie zostały dobrowolnie przekazane na rzecz instytutu profesora. Na wystawie jest zresztą część poświęcona możliwości donacji ciała po śmierci, opisująca dokładnie, jak to zrobić, przytaczająca słowa i motywacje osób, które tego dokonały. Jeśli ktoś jest przekonany, że chce to zrobić, może wypełnić stosowne dokumenty na miejscu. O tym, że wystawa ma edukacyjne właściwości, przekonały mnie grupy nastolatków, które generalnie chodziły z otwartymi ustami od jednej figury do drugiej, bez zbędnych śmichów-chichów i durnych komentarzy. Nie zabrakło jednak i typowych zachowań. Szwagier czytał księgę gości, w której jakiś siedemnastolatek pozostawił wpis „More chicks” będąc zapewne nieukontentowanym z powodu niewielkiej ilości damskich ciał.

Don’t go anywhere – w następnych odcinkach o przyjemnościach podniebienia.

piątek, 16 lutego 2007
This weekend

Pożyczając pomysł od Imme przedstawiam swój plan na weekend. Wieczorem przyjeżdża szwagier z żoną. Nie widzieliśmy się z nimi od indyka, więc czas najwyższy. Jadą z Columbus, OH, które zostało podobnie jak Chicago zasypane, a dodatkowo spadł tam marznący deszcz, który sparaliżował miasto do cna. Przyjeżdżają więc odmarznąć. Wieczorem gotujemy dla nich balti shrimp in hot sauce (Buszko777, spodziewaj się przepisu wkrótce, bo to danie to sama poezja) i popijamy napojami z odpowiednią zawartością alkoholu. Relaks na kanapie.

Jutro na śniadanie robię specjalność domu, czyli blueburry pancakes z jagodami ze słoika „Babcia” znalezionego na półce Wally’s Market, a których pochodzenia nie ustaliłam. Nazwa zapewne ma na celu zwieść złaknionego polskich jagód klienta, jak to na przykład robi firma Krakus, która sprzedaje te swoje ogórki kiszone, marynowane buraki i sałatki paprykowe jako polski produkt, a nalepki na produktach mówią „Made in Canada”. Potem zapewne relaks aż do lunchu. Planu na lunch jeszcze nie ma. Po południu jedziemy do Museum Science and Industry (Sorbet, będę blisko Ciebie) na wystawę Body Worlds2 kontrowersyjnego profesora van Hagensa. Widziałam część pierwszą w 2005 i byłam zachwycona. Osobiście nie przeszkadza mi, że są to prawdziwe splastynowane ludzkie ciała, choć przyznam, że część z kobietą w zaawansowanej ciąży była najmniej przyjemna do oglądania. Po wystawie uczta u górali. Jedziemy do Szałasu, jednej z lepszych polskich restauracji w Chicago, a może i najlepszej. Byliśmy tam raz i było wspaniale: góralska atmosfera, wodny młyn, kelnerki w góralskichstrojach, a schabowy, którego jadłam nie mieścił się na talerzu. Polecam mieszkańcom Chicago i okolic, którzy jeszcze nie mieli przyjemności, a goście spoza Chicago powinni to miejsce wpisać na listę must-eat. Po kolacji to się zobaczy – albo zostaniemy przy szałasowym barze, albo zmienimy lokal.

Niedziela jest pretty much open. Może skoczymy do Art Institute, bo od jutra zaczyna się wystawa Cézanne to Picasso: Ambroise Vollard, Patron of the Avant-Garde W Chinatown na pierwszą po południu zaplanowano paradę z okazji chińskiego Nowego Roku, więc to także opcja. Na kolację hazbend gotuje corned beef. Może kino albo film na dvd.

Temperatury na weekend od -3 do -6. Stan zaopatrzenia lodówki: 9 w skali do 10 (limonek trzeba dokupić). Alkohol: 10, a nawet 11 (24 butelki Corony, wina przeróżne, wódka tylko polska, burbony i whiskey dla panów, bacardi dla pań). Poziom wysprzątania domu: zważywszy na remont w piwnicy 7,5. Stan psychiczny: aktualnie 6, od 5:30 pm 10. Życzę wszystkim udanego weekendu. Nie musicie komentować ;-)

18:52, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 lutego 2007
Festiwal śniegu w Chicago cz.II
Na zdjęciach przedmiot pożądania w ostatnich dniach w Chicago – odśnieżarki. Dla każdego odpowiedni model. / Objects of desire in Chicago these days – snow blowers.

Na gąsienicach dla fanów „Czterech pancernych i psa” / On caterpillars for war movies fans

Na kółkach dla Amerykanów/ On wheels for all Americans

Wersja dla dzieci / For kids

Dla dużych chłopców / For big boys

Dla osób nie pozostających w dobro-sąsiedzkich stosunkach („nasypię mu do ogrodu, a co”) / With a special attachment blowing the snow to your neighbor’ yard

Dla wielbicieli kaczek / For ducks lovers

Dla tęskniących za latem wersja przypominająca kosiarkę do trawy / For those missing summer a lawnmower version

Zdjęcia pochodzą ze stron www.answers.com, www.speedwaysales.com, www.superioroutdoorpower.com, www.made-in-china.com, www.reliasoft.com, www.sunriseequipment.com i www.chrishodgetrucks.co.uk

00:14, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2