My kind of town

piątek, 08 stycznia 2010
Cześć stare rury!

(To tak a propos wczorajszego wątku z jednego z forów na gazecie.pl opisującego pewnego młodziana pozdrawiającego takimi słowami swoje trzydziestoparoletnie koleżanki z pracy).

Jeśli zaś chodzi o klasyczne rury, to proszę bardzo.

Ta znajduje się pod zlewem w mieszkaniu Ewy.

Moje taśmowe polowania rozszerzają swój zasięg i oprócz polowań z aparatem, polowałam dziś uszami, gdy wysiadłam z pociągu, a idący obok mnie gość opowiadał swojej koleżance, jak to lepił taśmą plastikową tylną szybę swojego kabrioletu, która pękła jak mydlana bańka pod wpływem zimna i naporem śniegu. A śniegu nam dopierdzieliło od wczoraj, że ho ho.

No a poza tym, we wtorek wieczorem padł nam akumulator w Baśce, mąż od wczoraj leży w domu w ciemnościach z powodu zadrapanego oka, babcia niestety wylatuje za tydzień do Polski, Zosia śpi 12 godzin w nocy, ja kończę właśnie pierwszą książkę Stiega Larssona z trylogii "Millennium" i mam nadzieję jutro w końcu jechać do kina.

poniedziałek, 04 stycznia 2010
Hipnoza w rytmie śpiewu wielorybów

Jak wiedzą niektórzy po przeczytaniu mojej ostatniej notki na FB, zostałam w Nowy Rok niemal zahipnotyzowana. Zawsze uważałam, że zupełnie jestem na takie rzeczy niepodatna i jako dość mocno stąpająca po ziemi realistka nie wierzyłam w podobne bzdury, a tu proszę. Wprawdzie z prawdziwą hipnozą moje noworoczne doświadczenie miało niewiele wspólnego, ale i tak było to ciekawe przeżycie.

Hazbend zafundował mi na urodziny gift certificate do masażystki. Jako że pani pracowała w Nowy Rok, więc wydało mi się dobrym pomysłem rozpocząć 2010 od czegoś tak przyjemnego. Ponieważ było to mój pierwszy profesjonalny masaż, nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Masażystkę wyobrażałam sobie jako rosłą dziewoję (nie bez podstaw u takiego wyobrażenia leżała postać Phoebe Buffay) w sterylnie czystym i białym salonie. Tymczasem Nourhy mieściła mi się pod pachę, a jej "gabinet" znajdował się w bejzmencie, co akurat mnie już nie zdziwiło, bo skoro żłobki mogą być po piwnicach, to czemu nie salony masażu (inna sprawa, kto by oddał dziecko do takiego żłobka). Anyway, motywem przewodnim "salonu" było "Boże Narodzenie przez 365 dni w roku", słowem wieś tańczy i śpiewa: kolorowe żarówki w kształcie ptaszków, motylków i ważek, kadzidełka, porozstawiane pierdółki, potpourri, kolorowe dywany i temperatura jak z sauny. Do tego wyjątkowo brzydki pies, wyglądający mi na pół-pekińczyka, który przez właścicielkę określony jest na jej stronie internetowej jako "jeden z najbardziej uroczych psów świata". O matko boska (kto nie kliknął na link powyżej, może kliknąć teraz, bo piesio znajduje się od razu na wejściu). Najbardziej uroczy pies świata z miejsca zaczął mi uroczo ślinić płaszcz i torebkę. Ja naprawdę lubię zwierzęta, ale ten pan był cokolwiek nie na miejscu, zwłaszcza w trakcie samego masażu, który umilał głośnym sapaniem i lizaniem się Bóg wie po czym. Ale ogólnie było przytulnie, czysto i relaksująco.

Masaż okazał się być bardziej doświadczeniem duchowym niż cielesnym. W tle leciała zdaje się muzyka Briana Eno, przypominająca mi śpiew wielorybów, pies mlaskał przez sen, ja grzałam się na golasa na łożu pod kocykiem, a masażystka robiła swoje. Było oczywiście masowanie ramion, szyi, pleców, nóg, dość zaskakujące odciąganie łopatek na boki, dużo też relaksujących technik, jak pewnie jakieś specjalistyczne trzymanie głowy przez 5 minut w rękach. Może miało to przynieść jakiś skutek, ale ja przez te 5 minut myślałam, co też ta kobita robi i czemu to ma służyć. Może była to przykrywka do tej późniejszej "hipnozy", kiedy to Nouhry masowała mi stopy. W pewnym momencie przestała i przez jakieś 5-10 minut trzymała je po prostu w swoich rękach. No i zaczęłam gdzieś odpływać, do tego stopnia, że nie byłam w stanie podnieść ręki. Wieloryby dalej mruczały, a ja odleciałam gdzieś w jakiś słodki niebyt. Gdy masażystka w końcu położyła moje stopy na łóżko, krew jakby napłynęła mi z powrotem do głowy i wróciłam do świata. Co za dziwne uczucie.

Poleciłabym ten rodzaj masażu osobom z bardziej spirytualistyczną duszą niż ja. Sama następnym razem wybrałabym się do rosłej dziewoi, która przewalcowałaby moje plecy tak, że nie mogłabym się ruszyć następnego dnia. No ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, zwłaszcza, że mąż wykupił masaż godzinny, a masażystka dorzuciła 30 minut gratis po tym, jak poinformował ją, że miał problem z wydrukowaniem certyfikatu. Szkoda, że masaż nie obejmował przodu, no ale tym zawsze może zająć się mąż.

20:23, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (17) »