My kind of town

piątek, 30 stycznia 2009
Wait Wait…Don’t Tell Me

Nie wiem, czy znacie (czytelnicy zamieszkali w Stanach) program Chicago Public Radio "Wait Wait...Don't Tell Me", kolejny obok "This American Life" program z Chicago nadawany krajowo w NPR. Ja, przyznam, do wczoraj miałam o nim dość mgliste pojęcie, ale po tym, jak byłam na nagraniu tegoż programu, chyba zacznę słuchać regularnie, na żywo albo z podcastów. Tak dowcipnego, śmiesznego i niepoprawnie niepolitycznego programu dawno nie słuchałam. Wczorajsze nagranie zdominował jeden temat - odwołanie Pięknego Roda, czyli naszego już ex-gubernatora. Były więc dowcipy o jego fryzurze, czy o przyszłości Blagojevicha (zatrudni się w sprzedaży i będzie mówić klientom, że towar jest "bleepin' golden", parafrazując słynny cytat guberantora).

Program jest quizem wiadomości z ostatnich dni. Dwie, trzy osoby dzwonią do programu i odpowiadają, kto jest autorem podanego cytatu lub, lub czy podane wiadomości są prawdziwe. Nagrodą jest wiadomość na automatycznej sekretarce lub poczcie głosowej, którą dla osób, które odpowiedzą prawidłowo na 2 z 3 pytań nagra jeden z prowadzących program. Oprócz dwóch prowadzących, w programie uczestniczy troje panelistów, którzy również rywalizują w newsowych konkurencjach. A gościem specjalnym była Carrie Fisher, czyli księżniczka Leia, niestety nie osobiście, ale za pośrednictem telefonu. Uraczyła publikę opowieściami o LSD, terapii elektrowstrząsami i o tym, jak nie cierpiała swojej fryzury w gwiezdnej trylogii (kto lubił?!). Dawno już tak się nie śmiałam, do bólu brzucha. Niektóre żarty były rzeczywiście mocno niepoprawne, więc pewnie nie dostaną się na antenę. Program będzie wyemitowany w Chicago jutro między 10 a 11 rano i później między 9 a 10 wieczorem na 91.5 FM, a w jakiej porze w innych stanach można sprawdzić na tej stronie. Polecam.
czwartek, 29 stycznia 2009
Zabawy z warzywami

Super Bowl w niedzielę, a NBC odrzuciła mającą pojawić się w przerwie meczu reklamę organizacji walczącej o prawa zwierząt PETA, namawiającej do wegetarianizmu, w której hot chicks, czyli gorące laski bawią się z warzywami. Powody:

- lizanie dyni
- dotykanie piersi ręką jedząc jednocześnie brokuły
- widok dyni między nogami (od tyłu)
- masowanie okolic miednicy dynią
- zabawa brokułem w okolicach intymnych (w oficjalnym liście NBC do Pety "screwing herself with broccoli (fuzzy)")
- szparag na nodze wyglądający jakby miał zamiar zostać włożony do pochwy
- lizanie bakłażanu
- masaż piersi szparagiem.

Po takim opisie to ja bym chyba też tej reklamy nie puściła. A na serio, nie zmienia to faktu, że Amerykanie są pruderyjni i dowodzi, że konotacje seksualne w telewizji nie przechodzą, czy to ze względu na obronę moralności, czy obawę o płacenie kar za emisję niedozwolonych materiałów. W sumie to trochę szkoda, że reklamy nie będzie, bo cycek Janet zdążył się już opatrzeć i trzeba nam tu świeżej krwi superbowlowej. Reklama do obejrzenia na stronie PETA.

środa, 28 stycznia 2009
Spaśluchus obrzydliwus
Gdzie nie wejdę, gdzie nie zajrzę (chodzi mi o amerykańskie strony w necie), to wszędzie pojawia się ta reklama (nie daje w treści, bo nie chcę się na to patrzeć, ilekroć wejdę na blog). No dosłownie jest wszędzie - na stronach z repertuarem kin, na stronie Rogera Eberta, w Chicago Tribune. Może to tylko w Chicago, ale normalnie już mi się słabo robi na widok tego brzuchola. Kiedyś przez moment na wszystkich portalach pojawiały się biegające po stronie karaluchy, potem była wkurzająca na maksa postać kobiety wyginającej się w jakimś popapranym tańcu, a teraz ten sflaczały brzuch. Give me a break!
22:48, aniabuzuk , www
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Chili-A-Go-Go

Z chili jest chyba, jak z naszym bigosem - co kucharz, to ma na niego swój własny przepis. Nie wiem do czego porównać chili. To coś w rodzaju gulaszo-zupy, głównie z wołowiny, z papryką i innymi warzywami, przeważnie doprawione na ostro i popularne głównie zimą. Zapewne z powodu zarąbistej zimy, jaką mamy w Chicago magazyn Time Out ogłosił po raz kolejny konkurs na najsmaczniejsze chili. Każdy mógł nadesłać swój przepis, a 25 najlepszych miało ostatecznie stanąć w szranki. Tak się złożyło, że para naszych znajomych awansowała do finału, każde ze swoją recepturą. W sobotę więc wybraliśmy sie do knajpy, gdzie odbywał się finał, pokibicować znajomym i popróbować wyrobow konkurencji.

O Matko Boska. Nie wiem, czy to z powodu tego darmowego chili, czy zimna, ale ludzi dowaliło tyle, że ja w pierwszej chwili zwątpiłam, że w ogóle uda nam się wejść do środka. Jak już się udało, to zwątpiłam, że uda nam się dopchać do jakiegokolwiek stołu i popróbować chili. Stąd cud, że w ogóle mam zdjęcia, bo robienie ich w takim tłumie to była prawdziwa ekwilibrystyka.

Uczestnicy nie gotowali na miejscu, a jedynie serwowali przygotowane wcześniej chili. Każdy zaś, kto dotarł do pubu dostawał kartę do głosowania, gdzie mógł wybrać tylko jedne, najlepsze chili.

Chili kolegi wyglądało zawodowo i tak też smakowało. Do tego kolega serwował tater tots (mniam), czyli smażone panierowane kawałki ziemniaków.

 

 

Zdjęcia chili koleżanki nie mam, ale może i to dobrze, bo było - no co tu gadać - ohydne. Koleżanka jest z zawodu personal chef, czyli profesjonalnie gotuje, robi zakupy, organizuje kuchnię dla innych, głównie dzianych zapracowanych par z przedmieść. Chyba trochę poniosła ją wyobraźnia z tym chili, bo wołowinę podobno marynowała w czekoladzie i wyczyniała z przepisem cuda wianki, co zakończyło się tak, że ja spróbowałam łyżkę, a mąż nie skończył swojej porcji.

Najlepsze chili, którego spróbowaliśmy wyglądało niezbyt zachęcająco.

 

Pozory myliły. Ta pomarańczowa breja była kapitalna. Problem polegał na tym, że właściciel najlepszego naszym zdaniem chili stał tuż obok naszego kolegi. No pełna klęska, bo ani powiedzieć gościowi, że jego chili wymiata, ani zapytać się, co on tam w tym garze namieszał, ani poprosić o dokładkę. Pozostało więc tylko zagłosować i na koniec uwiecznić wysiłki hazbenda, który spróbował 15 z 25 obecnych chili, co zważywszy na ten dziki ścisk było całkiem niezłym wynikiem.

 

Rezultaty mają być ogłoszone w pierwszym lutowym wydaniu Time Out. Ciekawe, czy podadzą zwycięzki przepis.

piątek, 23 stycznia 2009
Z komórki

No nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc może w ramach przerwania marazmu blogowego, dziur na drogach i znowu nadchodzących mrozów, parę zdjęć taśmowych, jakości kiepskiej, bo komórkowej.

Poręcz schodów przy Searsie

Zakaz parkowania pod sklepem narciarskim Viking

Zasuwka w kibelku w restauracji Won Cow w Chinatown (czego nie widać na zdjęciu, to napisu "Fiat" na zamku)

Wykładzina w kinie Lake w Oak Park

No to co u Was, bo u mnie niewiele? Może rozpiszę konkurs na temat następnego postu?
czwartek, 15 stycznia 2009
21. najzimniejsza zima...
...w ciągu ostatnich 139 lat i najzimniejszy dzień w ciągu ostatniej dekady. Dziś rano po raz pierwszy odkąd tu jestem widziałam minusową temperaturę mierzoną przez termometr w samochodzie. Baśka pokazała -4F (-20C), a na pobliskim lotnisku było -22C. Pierwszy raz miałam też na sobie ski mask, czyli coś w rodzaju kominiarki zakrywającej prawie cała twarz. Na ulicach w centrum pustawo, w pociągu również. Do tego śniegu jakieś 30-40 cm. Kolega, który chciał kupić rodzicom odśnieżarkę do śniegu zrezygnował zobaczywszy ceny w granicach $700. My też odpuściliśmy zakup i poczekamy do wiosny. No i tyle. Na razie nie zamarzłam. Jutro temperatura podobna.
18:27, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (41) »
czwartek, 08 stycznia 2009
Co mam wspólnego z Obamą?

Ano w zasadzie niewiele, poza tym, że braliśmy udział w tym samym programie (znowu Check, Please!). Obama wprawdzie 6 lat wcześniej niż ja, ale ja z lepszym skutkiem, bo mój odcinek wyemitowali, a jego nie he he. Nic straconego - zapomniany odcinek z Obamą będzie można zobaczyć 16 stycznia na WTTW o 8 wieczorem. Tutaj zajawka.

To ja teraz poproszę jakiś okolicznościowy zjazd wszystkich, którzy brali udział w programie. Może Hjuston spotykać się z burmistrzem na hibachi, to może i ja bym mogła z Barrym pogadać o knajpach w Chicago. No chyba że są inne propozycje tematów do obgadania?
środa, 07 stycznia 2009
Przestrzeń prywatna

Jedyną rzeczą, która lekko drażniła męża w czasie pobytu w Polsce, był w jego opinii brak poszanowania tzw. private space, czyli przestrzeni wokół własnej osoby. Zauważył to już wcześniej na lotnisku w Kopenhadze, gdy w kolejce do samolotu lecącego do Warszawy rodacy pchali się i rozpychali (odprawiano nie według kolejności numerów siedzeń, a według zasady kto pierwszy ten lepszy), nie zachowując stosownej odległości między sobą. Bardziej przeszkadzało mu to w Warszawie, zwłaszcza w środkach komunikacji miejskiej, gdzie -cytuję - stukilogramowy gość z wąsami leżał na nim przez cały czas podrózy z centrum na Grochów.

Hazbend, jak większość Amerykanów, ma typowe podejście do private space. Nie wiem skąd się bierze ten szczególny stosunek Jankesów do przestrzeni (może stąd, że Ameryka to spory kraj i dla chcącego nie ma problemu ze znalezieniem azylu z dala od ludzi), ale mąż mimo iż nie wychowany na preriach czuje się niekomfortowo, gdy ktoś stoi lub siedzi za blisko niego. Ja nie mam z tym takiego problemu (stanie w kolejkach wyssane z mlekiem, czy późniejsze podróże zapchanymi pociągami nad morze, czy komunikacją miejską w stolicy w godzinach szczytu) i jadąc Metrą do/z pracy siadam zawsze od okna, zostawiając miejsce obok dla kogoś innego. Tymczasem Amerykanie są bardzo terytorialni. W pociągu, owszem, siądą przy oknie, ale obok postawią torbę z laptopem albo siądą z brzegu licząc, że nikt nie będzie chciał się przepychać do miejsca przy oknie. Ja się przepycham albo staję znacząco nad delikwentem z torbą i mówię „Przepraszam". Mąż, mimo iż też terytorialny, zwyczajów pociągowych nie toleruje i raz na bezczela siadł komuś na torbie (to nie był dobry poranek dla nikogo - ani dla męża, ani dla gościa z torbą, ani dla torby).

Blokowanie miejsca jest żelaznym punktem comiesięcznego newslettera Metry. Za każdym razem Metra publikuje listy od rozeźlonych pasażerów narzekających na innych współpasażerów. CTA, czyli nasze podziemno-naziemne metro, poszło po rozum do głowy i w swoich pociągach ogłasza co jakiś czas, aby nie blokować miejsc. Metra jeszcze na to nie wpadła.

Terytorializm amerykański ma jednak swoje zalety. Amerykanie generalnie nie pchają się. Przy okazji koncertów, masowych imprez, czy nawet dużych lunczów w firmie, wszyscy stoją grzecznie w ogonku. Jak to mówili w krórejś z części Pawlaka i Kargula, "ano insza kultura".
wtorek, 06 stycznia 2009
Z ziemi polskiej do amerykańskiej

Wot i prijechali, czyli wróciłam na chicagowskie śmiecie po dwóch tygodniach lenienia się w Polsce. Niestety, oprócz lenienia doszło także leżenie, gdyż mój na własnej piersi wyhodowany mąż postanowił podzielić się ze mną przeziębieniem i pół wigilii oraz drugiego dnia świąt spędziłam w łóżku, przeklinając na czym świat popadnie. Wskutek tego nie spotkałam się ze wszystkimi osobami, z którymi miałam, no ale cóż.

A w kraju-raju małe, ale przyjemne zmiany. Poprawiają się drogi i infrastruktura. W Warszawie przyjemnie zaskoczyły mnie tablice na przystankach informujące o czasie przyjazdu kolejnego tramwaju. Komunikacja miejska w stolicy jest naprawdę dobra i autobus z godziny 18.51 pojawia się na przystanku o 18.51. Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, zawsze moje ulubione, teraz wyglądają jeszcze lepiej, słodko pocztówkowo. W rodzinnym mieście nowe tablice z nazwami ulic oraz urzędów, tak wyraźne, że i ślepy by nie zbłądził. Miasta i miasteczka odświętnie ubrane. W jednym z warszawskich urzędów stanu cywilnego, w którym dokonałam zmiany z panny Anny Buzuk na panią Annę G. przyjęto mnie i męża szybko, fachowo i z uśmiechem. Brakowało tylko zestawu obowiązkowego, czyli wuzetki i kawy. Do tego bez problemu upoważniłam brata do odbioru aktów ślubu.

A w domu u rodziców był pasztet, który mąż kręcił z mamą, ozorki w galarecie, na które się krzywił, ale spróbował, pieczony boczek, który rozszedł się w tempie błyskawicznym, barszcz, śledzie i inne frykasy. Mąż próbował wszystkiego, co było na stole, włącznie z marynowanymi grzybami - których, jak się okazało - normalnie nie lubi (jak można nie lubić grzybów w occie?) oraz dwoma rodzajami pasztetu, zwanego w nowomowie rodzinnej cat food, czyli jedzeniem dla kota (z racji zapachu wątroby). Najlepiej szło mu picie wódki, której nie odmawiał nikomu i zupełnie niepolsku pił bez popitki (bez negatywnych skutków). Mama specjalnie dla zięcia zrobiła faworki, a zamieszkały z rodzicami kot Jozin został na czas naszego pobytu specjalnie wyeskmitowany do garażu, z czego nie był zadowolony, ale został przekupiony zabawkami, które dla niego zakupił hazbend.

Chicago z domem, pracą i zimą zrobiło się chyba jeszcze dalsze niż te kilka tysięcy kilometrów dzielących ich od Polski. Na szczęście, jakby przewidując, że powrót może być trudny, przezornie kupiłam bilet powrotny na sobotę po Nowym Roku i niedzielę przeznaczyliśmy na spanie, gotowanie, pranie i obijanie, a hazbend w ramach walki z jet lagiem posprzątał lodówkę o 6 rano. Na deser parę zdjęć okolicznościowych.