My kind of town

środa, 30 stycznia 2008
Ludzie, trzymajcie mnie

Nie, normalnie nie wytrzymam. Pożaliłam się wczoraj Hjuston telefonicznie, dziś bratu na GG, ale wciąż mi mało. Od dwóch dni koleżanka z pokoju obok tak kaszle, że wszystkich wokoło szlag trafia. Koleżanka normalnie zamyka drzwi od swojego pokoju na cały boży dzień, ale teraz, gdy jest chora i sieje zarazki wokoło, to drzwi stoją otworem calutki dzień. Normalnie mam ochotę jej lutnąć. Do tego piętro  niżej zaczął się remont. Matko, zaraz zwariuję. A ona znowu kaszle.

22:01, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (20) »
Graj w zielone

Ewa777 wspomniała w swoim ostatnim wpisie o akcji mającej na celu wyeliminowanie platikowych toreb, czyli popularnych reklamówek. Biję się w piersi, bo choć pomysł popieram, to jeszcze nie kupiłam torby z materiału, która zastąpiłaby morze reklamówek, które przywożę do domu po każdych większych zakupach. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że odwozę je potem do resajklingu. W każdym bądź razie, zabawne i trochę przerażające jest zarazem, jak odwracają się trendy. Kiedy nastały reklamówki, człowiek cieszył się jak dziecko, że nie musi więcej nosić swoich albo płacić, jeśli ich zapomniał. Teraz co rusz słychać o podejmowanych na całym świecie akcjach zastąpienia ich tradycyjnymi torbami. Kiedy pojawiła się kawa rozpuszczalna, moi rodzice (i później ja) byli przeszczęśliwi, że nie będzie fusów. W ubiegłym roku, po latach picia rozpuszczalnej wróciłam do ziarnistej, która mielę w młynku, jak za dawnych lat i nadziwić się nie mogę, jak mogłam pić wszelkie kawopodobne Neski i inne Maxwell Housy. Człowiek cieszył się, że mleko stoi w lodówce nieskwaszone przez tydzien, a teraz płaci 4 dolary za pół galona organicznego.

Ciekawa rozmowa wywiązała się ostatnio na jednej z list mailowych, gdzie pracownicy działów marketingu proponowali przyjazne środowisku zmiany w swoich firmach. Były tam m.in. propozycje, aby nie drukować maili (widzieliście może maile podpisane Please consider the environment when deciding whether to print out a copy of this email.?) bez wyraźnej potrzeby, używać porcelanowych kubków zamiast jednorazowych, wyłączać monitory i komputery na noc, używać długopisów z wkładami zamiast jednorazowych, zaprzestać kupowania butelkowanej wody i zastąpić ją filtrowaną, oszczędzać papier i wysyłać co się da za pomocą maili, promować car pooling, czyli przyjeżdżanie do pracy z kolegą bądź sąsiadem, subsydiować miesięczne bilety komunikacji miejskiej i segregować papier, szkło i produkty takie, jak tonery, czy stare foldery.

U mnie w firmie, niestety, nie wygląda to różowo. Komputery są non-stop włączone (wyłączam). Kubki mamy jednorazowe (nie używam) i nie ma żadnego resajklingu tego stosu papierów, które panie sprzątaczki wyciągają codziennie z kilkudziesięciu koszów. Mamy filtrowaną wodę (w tych dużych baniakach stojących do góry nogami) i korzystamy z tzw. Transit Check (bilet miesięczny odciągany od pensji przed podatkiem), ale to w sumie ma niewiele wspólnego z ochroną środowiska. Czyli jest jeszcze dużo do zrobienia.

piątek, 25 stycznia 2008
Wuj Sam sypie kasą

Szykuje się prezent od rządu dla narodu w postaci specjalnego zwrotu podatku. W związku z recesją Bush chce dać kopa gospodarce i przeznaczyć 150 miliardów dolarów na ten cel, dając 600 dolarów na łebka, czyli 1200 dla małżeństw i po 300 na dzieci, pod warunkiem, że dochód rodziny nie przekracza 150 tysięcy dolarów na rok. Czyli większość rodzin taki zwrot dostanie. Słuchałam wczoraj na NPR o tej propozycji i o tym, jak Amerykanie wydali pieniądze z takiego samego zwrotu w 2001. Większość kupiła sobie ubrania, a w drugiej kolejności jedzenie, czyli wydała je na bieżące wydatki.  

1200 dolców piechotą nie chodzi. Jeśli Senat zatwierdzi, chętnie przyjmę prezent od wuja Sama. Ale chyba raczej włożę na konto oszczędnościowe. 

czwartek, 24 stycznia 2008
Nowy system chłodniczy w Chicago

Chicago, czwartek, 24 stycznia. Na wniosek burmistrza miasta i przy poparciu Rady Miejskiej Chicago testuje nowy system chłodniczy. Od ponad tygodnia miasto jest schładzane przy pomocy gigantycznych wentylatorów z Arktyki, które nawiewają lodowate powietrze do Chicago. Mówi burmistrz Richard M. Daley: - Wszyscy wiemy, jak dokuczliwe są upały w Chicago w letnich miesiącach. Wzmożone zużycie klimatyzatorów powoduje wzrost zapotrzebowania na energię, co przekłada się na podwyżki cen i ogólne niezadowolenie mieszkańców. Zdecydowaliśmy się podjąć radykalne kroki mające na celu poprawę tej sytuacji.

Po długich konsultacjach, poprzedzonych wnikliwymi badaniami oraz opiniami ekspertów miasto zdecydowało, że najbardziej ekonomicznym oraz nieszkodliwym dla środowiska rozwiązaniem będą wentylatory w Arktyce, nawiewające powietrze z północy w kierunku Chicago. Operacja przetransportowania ich na biegun zimna była najbardziej kosztownym elementem tego przedsięwzięcia. Joseph Maclusky z Departamentu Gospodarowania Zasobami Naturalnymi potwierdza, że nieoceniona okazała się pomoc Rosjan. – Tak, to prawda, że zwróciliśmy się do nich o pomoc. Mają oni nie tylko wybitne doświadczenie z niskimi temperaturami, ale także dysponują lodołamaczami, bez których transport wentylatorów na oblodzoną Arktykę byłby niemożliwy.

Wiatraki pracują intensywnie od początków stycznia. W ubiegłą sobotę dało się wyraźnie odczuć napływ zimnego powietrza, który utrzymuje się do tej pory. – Wolimy dmuchać na zimne i przetestować działanie wentylatorów pół roku przed falą upałów. – mówi Maclusky. Jak na razie system działa bez zarzutu. Departament Gospodarowania Zasobami Naturalnymi planuje obniżyć moce przerobowe wiatraków w zbliżający się weekend, ale jak zapowiada będzie sukcesywnie testował system w ciągu najbliższych miesięcy.

Ania Buzuk, Windy City Magazine.

Ubiegłoroczna korespondencja autorki z Chicago do przeczytania tutaj.

PS. Jednocześnie czytelników z cieplejszych rejonów świata uprasza się o nie podawanie temperatur – żadne „a u mnie dziś 15 na plusie” dziś nie przejdzie. Przyjmę za to dobre rady, jak nie zamarznąć, a więc wszelkie „we dwoje cieplej”, „gorąca herbata w termosie”, czy cokolwiek w tym stylu.

17:02, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (15) »
piątek, 18 stycznia 2008
Syberia w Chicago

Na jutro zapowiadają kikunastostopniowy mróz, napływający właśnie z Syberii, więc z tej okazji parę faktów pogodowych. Najniższa temparatura zanotowana w Chicago to -33 C. W sprawie najbardziej śnieżnej zimy nie wiem komu wierzyć, bo jedno źródło podaje, że było to na przełomie 1929 i 30 z opadem 289 centymetrów, a drugie, że w 1978 i 79, kiedy zanotowano 228. W 1904 śnieg padał bez przerwy przez 13 dni. Najwyższa zanotowana prędkość wiatru w porywach to 143 km/h. I na koniec mój faworyt: najniższą odczuwalną temperaturę zanotowano w styczniu 1985 roku i wynosiła ona -69 C.

Dla porównania najniższa temperatura odnotowana kiedykolwiek w Stanach wynosi -62. Rekord padł – gdzieżby indziej – na Alasce w 1971. No to trzymajmy się ciepło.

czwartek, 17 stycznia 2008
Faworki z pasztetem

Jako że mamy karnawał, chce mi się faworków. Mama zawsze robi je w styczniu albo lutym. Tymi faworkami zyskała przychylność męża, gdy po raz pierwszy zawitał w nasze progi. Z tej samej okazji upiekła też pasztet, który przyszły ślubny powąchał i ze wstrętem powiedział, że pachnie jak żarcie dla kota. Pasztet i flaki to dwie rzeczy, których do tej pory nie lubi. Flaki to jeszcze mogę zrozumieć, w końcu nie każdemu przypadają do gustu trzewia krowy, ale pasztet? Hjuston, dzięki za przypomnienie mi wczoraj o wielkanocnym pasztecie.
Teraz będę myśleć o nim nie mniej intensywnie niż o faworkach.


wtorek, 15 stycznia 2008
Wyjdzie w praniu

We wczesnej młodości, po latach oglądania amerykańskich seriali i filmów zrodził się w mojej głowie wyimaginowany obraz Ameryki oraz rzeczy, których fajnie byłoby popróbować lub doświadczyć, gdybym się tu znalazła. Wiele z tych rzeczy było bardzo prozaicznych, zaczerpniętych mniej lub bardziej świadomie z amerykańskiej pop-kultury, czy obrazków amerykańskiego życia serwowanych na szklanym ekranie.

W 1993, gdy przyjechałam tutaj po raz pierwszy, zachłystnęłam się dosłownie wszystkim. W Polsce właśnie rodził się wolny rynek z pełnymi półkami, a tu było wszystko, co nastoletnia głowa zdołała przyswoić z „Cudownych lat”, „Przystanku Alaska”, „Ulic San Francisco”, „Ostrego dyżuru” czy tasiemca „Santa Barbara”. Pamiętam swoje zdjęcie zrobione pod koniec pobytu, gdy siedzę na podłodze przed piramidą puszek po Pepsi i Coli. Boże, ile ja tego świństwa wypiłam przez te dwa miesiące! Karmiona westernami z Clintem Eastwoodem i Johnem Waynem, sprawiłam sobie wiele lat później prawdziwy kowbojski kapelusz. W jadłodajni do tej pory zawsze wybieram tzw. booth, czyli stolik z dwoma ławkami do siedzenia po obu stronach i koniecznie przy oknie. Poszłam na pierwszy i ostatni mecz baseballa. W zeszłym roku zjadłam w końcu nowojorskiego hot doga prosto z wózka na ulicy (więcej o hot dogach już nie będę pisać w tym roku). Straszne pierdoły, no ale życie w dużej mierze z takich pierdół się składa.

Na liście „amerykańskich” rzeczy, które mam do zrobienia jest m.in. wizyta w pralni. Takiej, jakich dziesiątki w Chicago i innych amerykańskich miastach i które w weekendy przeżywają oblężenie, gdy pracujący lud ma w końcu chwilę, aby publicznie prać brudy. Kurka wodna, nigdy w takiej nie byłam i nie prałam, poczytując szmatławce z Britney Spears na okładce. Nie byłam też nigdy w kinie samochodowym. Nawet nie wiem, czy jest takie gdzieś w okolicy, bo czasy ich świetności minęły.

Straszna jest siła telewizji. Teraz, gdy w piwnicy stoi nowa pralka i suszarka, będę zasuwać ze swoimi portkami do pralni, żeby stało się zadość temu, co widziałam w 129 odcinku „Beverly Hills 90210” (kod pocztowy podaję z pamięci, ale chyba dobry).

środa, 09 stycznia 2008
Najlepszy junk food

Czytelnicy bloga z dłuższym stażem wiedzą zapewne o mojej miłości do hot dogów, o której pisałam tutaj i tutaj. Ostatnio natknęłam się na stronę prezentującą oraz oceniającą hot dogi z Chicago i okolic. Tak sobie patrzę i widzę, że jest jeszcze wiele białych plam w tym zestawieniu i że trzeba wziąć się w garść i popróbować okolicznych parówek. Hot dog z Home Depot, którego jadłam którejś soboty dostał całkiem przyzwoite oceny. Nieodżałowany Toots, po którym nie ma już śladu nie zyskał przychylności recenzentów, ale co oni tam wiedzą. Osławiony Superdawg, który kiedyś nawet zdaje się był w „Check, Please!” był według mnie totalnym niewypałem. Zapakowali go biedaka w pudełko (?!) i to tak ciasno, że po wyjęciu wyglądał jak skiszony ogór, a nie chicagowska parówka. Nie ma jednak bata – najlepsze hot dogi, jak na razie przynajmniej, dają w centrum na Adams i Michigan w Max's Take Out.

Przeglądając zaś ostatnio swoje zdjęcia znalazłam dwa świadczące o tym, że my tu w Chicago mamy lekkiego fizia na punkcie tego fast foodu.


Nie hot dog stricte, ale jego odmiana. Jak to się mawiało u mnie na wydziale, „panuje spór w doktrynie”, gdzie wynaleziono corn dogs, czyli parówki pokryte ciastem i smażone w oleju. Jak głosi plakat - podobno w stolicy Illinois Springfield, więc jako mieszkanka stanu podpisuję się pod tą teorią. Przyznam, że jeszcze nie miałam przyjemności ich jeść, ale trzeba będzie nadrobić stracony czas i zapoznać się z lokalnym wyrobem.

A tutaj pierwszy przyczółek do zmiany nazwy Windy City na Hot Dog City.


A jaki jest Wasz ulubiony fast food? 

poniedziałek, 07 stycznia 2008
Bush w Chicago

Dziś Chicago jest postawione na nogi, bo swoją obecnością zaszczycił nas sam Dżordż Dablju. Na budynkach w centrum powywieszane ponadnaturalnej wielkości flagi, ulice pozamykane i wszędzie pełno glin. Dżordż przyleciał, aby propagować inicjatywę No Child Left Behind Law, która wymaga od szkół, aby przeprowadzały testy z matematyki i czytania dla uczniów w klasach III-VIII oraz w szkołach średnich. Szkoły mają czas do 2014, aby podciągnąć uczniów do wymaganego ustawą poziomu, w przeciwnym razie grożą im sankcje, włącznie z zamknięciem. Wymyślona przez Dżordża sześć lat temu ustawa, według Sun Times nie przyniosła żadnych rezultatów. Dziennik złośliwie proponuje prezydentowi spotkania z uczniami przepełnionych szkół, którzy po rozpoczęciu edukacji na poziomie akademickich orientują się, że mimo iż w ogólniaku mieli same same piątki, to poziom ich wiedzy jest żałosny. Prezydent z rady Sun Times nie skorzystał i odwiedził szkołę, której uczniowie radzą sobie na testach powyżej przeciętnej stanowej. Podobno jedna z uczennic zapytała go, czy naprawdę ma na imię Dżordż, co podważa moją wiarę w jakość tych testów i kształcenia.

Wiadomo nie od dziś, że szkoły w Stanach nie mają najlepszej reputacji. Sam prezydent dał parę razy przykład braków edukacyjnych myląc Austrię z Australią, czy Iran z Irakiem. Amerykanie mają opinię niedouczonych i nie znających historii, czy geografii krajów innych niż swój własny. Zresztą, ze znajomością ojczyzny też nie jest najlepiej, gdyż wielu nie wie, że Alaska i Hawaje należą do USA. Powszechne jest, że rodziny z dziećmi w wieku szkolnym uciekają z miast na przedmieścia, gdzie poziom kształcenia jest lepszy lub – jeśli mają fundusze – posyłają pociechy do prywatnych, często katolickich szkół. Chicago Public Schools zmaga się co roku z potężnym deficytem oraz administracyjnymi błędami, jak ostatni zakup specjalnego systemu księgowego, na który wydano grube miliony, a okazał się totalnym niewypałem.

Sun Times jedzie po tej wizycie ostro, cytując teścia jednego z marines towarzyszących prezydentowi, który powiedział, że jego zięć eskortujący prezydenta to the biggest thrill of all. Ciekawe, co na to uczniowie chicagowskich szkół.