My kind of town

środa, 31 stycznia 2007
Domowe obiadki

Klawiatura mi chyba zamarzła, a wena twórcza opuściła. Do tego obudziłam sie z zaczątkami kataru i bólem gardła. Tylko tego mi teraz, kurna, trzeba.

                         

Dziś na zdjęciu wieprzowinka z ananasem i warzywami. To chyba najładniejsza rzecz, jaką w życiu ugotowałam. Nie będę Was męczyć opisem czego ile użyłam, co i gdzie wsypałam, a co smażyłam na oleju z orzeszków, a w zamian polecę najlepszejszą książkę kucharską świata. „The Ultimate Chinese and Asian Cookbook” jest numero uno w naszej kolekcji książek kucharskich, których mamy 23, jak policzyłam. Tomisko jest opasłe i duże, ale ma rewelacyjne przepisy na chińszczyznę oraz dania indyjskie i tajskie. Niektóre są proste i szybkie, jak wspominane wcześniej curry z krewetkami. Inne, jak dzisiejsza wieprzowina, bardziej skomplikowane. Książka kucharska bez obrazków to jak jajecznica bez boczku. „Ultimate Cookbook” ma piękne zdjęcia, a najlepsze jest to, że gdy się samemu ugotuje coś z przepisu, to na własnym talerzu wygląda to dokładnie tak samo, jak na fotografii. Jakby mi się kuchnia paliła, to tę książkę ratowałabym pierwszą. Choć używamy jej naprawdę często, to nawet z połowy przepisów nie skorzystaliśmy. I pomyśleć, że zanim się przeprowadziłam do Chicago, to jedynymi przepisami, które czytałam były instrukcje na mrożonkach z Carrefoura. Jak często gotujecie obiad/kolację w domu? My jakieś 5 razy w tygodniu. Mąż powiedział mi wczoraj, że kolega z pracy wraz z żoną jedzą kolacje „na mieście” każdego wieczora. W zasadzie to mnie aż tak nie dziwi zważywszy, że w każdym spożywczaku jest pełno gotowego żarcia, a ludziom brak czasu i chęci na stanie przy garach każdego niemal wieczora.

Aha, ponownie zapraszam na Bez popcornu, który dziś związany z jedzeniem i Oskarami.

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Od bałaganu do Nobla

Szukałam przez pół weekendu pewnego zdjęcia, aby zilustrować dzisiejszy wpis, ale musi tkwić gdzieś w czeluściach dysku, bo nie mogę go znaleźć albo zostało skasowane. Zdjęcie przedstawiało widok naszej kuchni po kolacji, którą hazbend zrobił dla znajomych. Było to w czasach, gdy jeszcze nie mieszkaliśmy razem, dodaję na własne usprawiedliwienie. Na zdjęciu widniały nieprzebrane stosy garów, sztućców, pozostałości jedzenia, wszystko piętrzące się na kontuarze. Wyglądało to jak po przejściu tornado. Może kiedyś znajdę to zdjęcie, bo teraz to powtarzając za moją mamą diabeł nakrył je ogonem.

Piszę o tym, gdyż czytałam w jednym z ostatnich wydań Time’a o najnowszej teorii jednego z amerykańskich naukowców. Według Erica Abrahamsona, profesora z Universytetu Columbia, „messy is the new neat”, czyli bajzel jest nowym porządkiem. Abrahamson w swojej książce „A Perfect Mess: The Hidden Benefit of Disorder” sugeruje, że dążenie do porządku to strata czasu i zajęcie pozbawione większego sensu. Podpiera się przy okazji jednym z noblistów, który rzekomo odkrył działanie hormonów w komórkach dzięki bałaganowi na własnym biurku. Podaje także, że trudniej znaleźć cokolwiek w zorganizowanych folderach niż gdy wszystkie papiery leżą beztrosko na stole, czy walają się po podłodze. Profesor radzi, żeby zamiast porządkować, sprzątać i wycierać kurze, lepiej pozwolić praniu leżeć w kącie, papierom piętrzyć się na biurku, a dokumentom na dysku być gdzie chcą, zamiast w folderach i wykorzystać czas poświęcony na porządki na coś pożyteczniejszego. Dla tych z obsesją porządku kilka rad od profesora: 1. zaakceptuj bałagan, and live with it, 2. nie trać czasu na organizowanie komputera, 3. jeśli nie jesteś dentystą albo fryzjerem, rozluźnij swój kalendarz i nie spiesz się, 4. zapomnij o organizowaniu kolekcji CD w porządku alfabetycznym.

Zapytałabym się retorycznie profesora Abrahamsona, czy w takim razie powinnam przymknąć oczy, gdy następnym razem mąż obróci mi kuchnię w perzynę, bo może dzięki temu ma szansę na Nobla? Zważywszy na to, że nasza kolekcja CD jest w porządku alfabetycznym, a mnie szlag trafia na własnoręcznie rozłożone puzzle na stole w jadalni, chyba bezpowrotnie straciliśmy szansę. Czy lubicie mały bajzelek czy raczej jesteście porządniccy?

20:29, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (29) »
piątek, 26 stycznia 2007
Australia Day

Kalendarz pokazuje mi, że dziś jest Australia Day. Australia – czemu nie? Mogę jechać. Powodów znalazłoby się kilka. Mieszka tam córka brata mojej babci ze strony taty (nie zmyślam), czyli ciocia Kristine, albo Krysia, żeby było prościej. Z ciocią widziałam się w zeszłym roku, nie w Melbourne, gdzie mieszka, ale w Polsce, gdy ciocia była w trakcie kilumiesięcznej samotnej podróży po Europie. Odważna kobitka. W rewanżu mogę wpaść do Melbourne na steak z kangura.

Krysia urodziła się już w Australii, ale jej ojciec, czyli brat babci ze strony taty w Polsce i po przymusowej wywózce do Niemiec w czasie II wojny (jest to dość dramatyczna historia rodzinna), trafił ostatecznie do kraju misiów koala, które potem przysyłał babci. Pluszowe, oczywiście. Przysyłał też kawę, z którą nikt nie wiedział, co robić (młynków wtedy jeszcze nie było), więc wiem z opowieści, że babcia siadała na progu drzwi, wsypywała kawę w chusteczkę i tłukła młotkiem na tym progu. Babcia miała chyba też bumerang, ale nie wiem, czy kiedykolwiek miała okazję go użyć. Do tego jedną z moich ulubionych lektur w dzieciństwie były przygody Tomka Wilmowskiego w krainie kangurów (czytał ktoś?). Wprawdzie nie jest przekonana, czy w okolicach Melbourne NIE żyją żarłacze białe, ale jakby co to palec w oko i po kłopocie. No i zawsze mogłabym wziąć ten bumerang do przetestowania. Jak tak sobie rozmyślam, jakby to było po drugiej stronie świata do góry nogami i choć w najbliższej ani nawet bliższej przyszłości się tam nie wybieram (niestety!), to zawsze miło pofantazjować, co by było gdyby, zwłaszcza jak za oknem zupełnie nieaustalijsko. Kangury, misie koala, Wielka Rafa Koralowa, psy dingo, krokodyl Dundee, duch Steva Irwina – to tak na początek. Ciekawe, czy w moim lokalnym monopolu mają piwo z Australii? Wyszukałam, że w slangu australijskim piwo to „amber fluid”. Kolejny powód, by jechać i odwiedzić kraj, który ma tyle uznania dla browaru. No to hooroo, czyli na razie.

O Australia Day, w nieco innym ujęciu, także w "Bez popcornu”.

18:01, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (18) »
czwartek, 25 stycznia 2007
Mistrz kierownicy parkuje

Jechałam sobie do pracy bez hazbenda, a jak jeżdżę sama, to w końcu mam okazję wrzucić Abbę i śpiewać do woli „You are the dancing queen, young and sweet, only seventeen...” oraz takie tam podobne Madonny. A że ostatnio psuje mi się prędkościomierz (od zimna chyba), więc sobie jeżdżę nieświadoma prędkości. W mieście to pół biedy, ale na awtostradzie to może być problem. Na razie rozwiązaniem tymczasowym jest puknięcie w prędkościomierz (zaczyna działać) i wolę nie myśleć, jak kiedyś odmówi posłuszeństwa na amen i będę musiała go wymienić.

Przychodzę do roboty i dostaję od kolegi maila o tematyce samochodowej. Rozwalił mnie ten filmik. Obejrzyjcie, bo naprawdę udała się tej pani niezła sztuczka, że tak powiem. Jest to, niestety, kolejny kwiatek do kolekcji „baba za kierownicą”, dla tych którzy uważają, że my kobity nie umiemy jeździć. Przesłałam bratu filmik wiedząc z góry, co odpisze. Napisał: „I niech ktoś mi powie że baby umieją jeździć.” Co my na to i jak nam idzie parkowanie (trzaśnięte lusterka puszczamy w niepamięć)?

18:58, aniabuzuk , www
Link Komentarze (12) »
środa, 24 stycznia 2007
Red curry shrimp

Wkurza mnie już ta zima. Zimno, ponuro i mój humor też mniej więcej podobny.

Na zdjęciu red curry shrimp. Bardzo proste w przygotowaniu i nie wymaga jakichś wyszukanych składników.  Zanim zaczniemy cokolwiek gotować nastawiamy ryż. My akurat użyliśmy kolorowej mieszanki, ale zwykły biały może też być jak najbardziej. Gdy ryż się gotuje, rozgrzewamy w woku albo na patelni łyżkę oleju słonecznikowego albo z orzeszków ( peanut oil). Z oliwek nie za bardzo nadaje się do orientalnych potraw. Do woka z olejem wrzucamy dwie tablespoons red curry paste. Po swoją pastę jeździłam do Chinatown, bo żaden lokalny orientalny sklep tego nie miał, ale może Whole Paycheck albo inny Trader Joe’s ma to w sprzedaży. Aha, zielona pasta curry też może być. Smażę pastę przez chwilę, po czym dodaję 1 cup mleczka kokosowego (coconut milk), dosypuję tak z 1 teaspoon suszonej bazylii (albo 10-15 liści świeżej- opcja dostępna głównie latem) i wlewam dwie tablespoons sosu rybnego (fish sauce). Gotuję całość na średnim ogniu przez jakieś 10-15 minut mieszając od czasu do czasu (mleczko łatwo się przypala). Na patelni obok podsmażam niedużą cukinię, którą następnie wrzucam do woka z mleczkiem, a do tego dorzucam funt krewetek. Gotuję całość przez chwilę i jeśli sos jest za rzadki, dosypuję Wondry. Nie wiem, czy znacie to cudo – jest to mąka do sosów, która nie będzie miała grudek i rozprowadzi się bez problemów w jakimkolwiek sosie. Nie używam dodatkow soli ani innych przypraw, bo curry paste i sos rybny mają wystarczjąco soli i innych przypraw. I już. Przygotowanie zajmuje jakieś 25-30 minut.

                        

wtorek, 23 stycznia 2007
You can't fight the City Hall

Poziom biurokratyzmu w tym kraju czasem naprawdę mnie zadziwia. W kraju, gdzie zasada „wolnoć Tomku w swoim domku” została przekuta na „my house is my castle” biurokracja czasem urasta do absurdalnych rozmiarów. Wspominałam kiedyś, że remontujemy piwnicę. Słowo „remont” jest tutaj zupełnie nie na miejscu, bo od półtora miesiąca wszystko stoi w miejscu. Hydraulicy wprawdzie uwinęli się w miarę szybko ze swoją robotą i już mieliśmy chytry plan zatrudnienia elektryka oraz stolarza, a okazało się, że jakimś tajemniczym sposobem tutejsza inspekcja budowlana dowiedziała się, że robimy remont i sama zaprosiła się na inspekcję naszej piwnicy. No i się zaczęło.

Zbierałam się już od dłuższego, żeby w końcu napisać o "permitach", czyli pozwoleniach. Pozwoleniach na wszystko, bo jak świat światem, Chicago permitami stoi. Nie wiem, kto wymyśla te pozwolenia, ale ludzie muszą za nie płacić, a forsa idzie do kasy miasta.

Absurdalność niektórych doprowadza mnie do szału. Weźmy taki bojler, zwany również water heater. Kilka miesięcy temu bojler w naszym domu dokonał żywota w sposób nieoczekiwany i nagły. Następca został kupiony w trybie natychmiastowym. W trakcie zakupu okazało się, że potrzebujemy pozwolenie na zainstalowanie nowego. W naszym własnym domu! Myślałam, że szlag mnie trafi, bo choć nigdzie nie musielismy chodzić, żeby ten permit załatwić (zrobiliśmy to w sklepie), to jednak musielismy zapłacić $42 za jakiś świstek papieru, który miał cudowną moc bycia pozwoleniem na instalację.

Wymienialismy piec i klimatyzator parę miesięcy temu. Tak lekko nie poszło. Permit byl potrzebny. Braliśmy slub w Cancer Survivor's Garden (nazwa trochę niefortunna na ślub, ale miejsce urocze) w centrum Chicago. Oczywiście, żeby móc zgromadzić 50 osób na pół godziny w jednym miejscu, potrzebne było pozwolenie od Chicago Park District na tak szaloną uroczystość, która niewątpliwie mogła zakłócić spokój okolicznych gołębi, wiewiórek i cheapmunkow. Żeby wypić lampkę szampana też było konieczne pozwolenie. Ale przyznam, że olaliśmy władzę i piliśmy nielegalnie.

No a teraz ta piwnica. Okazało się, że zanim nie dostaniemy pozwolenia od miasta, to nawet gwoździa nie możemy wyjąć. No, my już zdążyliśmy wyrzucić połowę drywalla ze ścian, zatrudnić hydraulika i dokonać całkiem poważnej demolki. Teoretycznie powinniśmy dostać mandat za samowolkę budowlaną. We własnym domu (Ty tam na górze to widzisz i nie grzmisz?). Inspektor na szczęście nam podarował i przedstawił długą listę papierów, które musimy dostarczyć na czele z planem architektonicznym domu. Nie mam nic do architektów, nawet chodziłam na randki z jednym, ale jak mam komuś płacić tysiąc zieleńców za plan domu, to przyznacie, że można stracić do nich sympatię. W biurze pozwoleń okazało się, że projekt można zrobić samemu – normalka – jedni mówią „aaa”, a drudzy „bee”. Hazbend zaistalował MS Visio i narysował projekt domu. Pojechał dziś z papierami rano do biura i oczywiście odesłali go z powrotem, bo nie miał apilkacji od elektryka. Na ichniej stronie w necie napisali, że taki papier jest niepotrzebny. Boszzz... Z czystej ciekawości wrzuciłam w Google "permit problems chicago". I od razu kwiatek do kolekcji. Warren Wimmer robił zdjęcia (używajac statywu – to jest ważny fakt) słynnej "fasolki" w Millenium Park i strażnicy miejscy zażądali od niego pozwolenia na fotografowanie. To tak, jakby Straż Miejska w Warszawie chciała pozwolenia na fotografowanie PKWiN!

Tak trochę z innej beczki przyszedł wczoraj stolarz obejrzeć, co będzie robił, jak już elektryk wypełni papiery, dostaniemy pozwolenie od miasta (kto wie, kiedy to będzie), a elektryk zrobi, co ma zrobić. Uświadomił nam, czego nikt inny nam nie powiedział, a my nie zauważyliśmy, że możemy mieć problem z zainstalowaniem wanny i prysznica, bo podłoga jest nierówna i jeśli chcemy to zrobić, to trzeba przesunąć rury parę cali w głąb podłogi. Czy to się kiedykolwiek skończy?!

No, ale przynajmniej się wypisałam i ponarzekałam. Pocieszcie mnie, bo ja już nie mam siły.

18:04, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
Chicago Bears w Super Bowl

Wygląda na to, że za dwa tygodnie będę oglądała swój pierwszy w życiu Super Bowl. Chicagowskie Niedźwiedzie właśnie pokonały New Orleans Saints 39:14 i po dwudziestu jeden latach ponownie zagrają o mistrzostwo ligi NFL. Choć nie znam połowy zasad i nazwiska ani jednego zawodnika (wróć – chyba wiem, że quarterback nazywa się Grossman) to cieszę się, bo w końcu gramy w finale! Finał będzie w Miami za dwa tygodnie, a przeciwnik jest jeszcze nieznany, ale mogą to być New England Patriots, z którymi Chicago Bears wygrali 21 lat temu.

Najbardziej jednak do gustu przypadła mi nie wygrana, ale to co działo się pod stadionem od samego rana. Grupy fanów koczowały pod Soldier Field praktykując tzw. tailgating party. Tailgating party polega na tym, że fani przyjeżdżają pod stadion swoimi pick-upami, otwierają tailgate, czyli klapę z tyłu samochodu, wystawiają grilla, rzucają nań kiełbaski czy cokolwiek mają, otwierają butelki  puszki z amerykańskim najczęściej piwskiem i imprezują na całego. Wygląda to na całkiem fajną imprezę, gdy fani mimo paskudnej chicagowskiej pogody mają dobrą zabawę. I w zasadzie, choć mnie ten futbol interesuje tylko w takich chwilach, jak dziś albo za dwa tygodnie, nie miałabym nic przeciwko, żeby kiedyś w takim tailgating party wziąć udział. A tutaj parę zdjęć spod Soldier Field dzięki uprzejmości Chicago Tribune.


                     


           


           

           

piątek, 19 stycznia 2007
Say "cheese"!

Thank God it’s Friday. Koleżanka z pracy zaproponowała, żebyśmy sobie wyskoczyły na pedicure po robocie, a potem do kina, więc sobie wyskakujemy i na pedicure i na manicure, bo się okazało, że jak się bierze pedicure, to manicure kosztuje tylko dziesięć dolców. A film – jeszcze nie wiemy, ale może skoro ma to być babski wieczór, to może skończyć się na „Dreamgirls”, choć wolałabym „Volver”, ale nie grają w żadnym kinie w centrum.

A ser? Ser bardzo lubię. Na krakersach i prosto z deski. Z winem albo i bez. O kanapkach nie wspomnę. Do włoskiego żarcia i meksykańskiego. Zwłaszcza żółty, bo z białym twarogiem jeszcze się nie zaprzyjaźniłam. Wracając z nart z Minnesoty wstąpiliśmy do serowego outletu. Z outletów to znam GAP i parę innych, ale serowego jeszcze nie widziałam. No, ale w końcu nie na darmo Wisconsin nazywają „cheeseland”. Gdzie indziej miałby być serowy raj, jak nie tam?

Sklepik był mały, ale zaopatrzony świetnie. Mieli nawet czteroletni ser, dwadzieścia parę dolców za funt. Kupiliśmy jalapeno monterey jack cheese, angielski leicester i regularny sharp cheddar. Bardzo miły pan, Tom albo Tim zapewne, pakując zakupy dołożył nam do torebki plastikową ramkę na tablicę rejestracyjną samochodu w kolorach red, white and blue z napisem „Pround to be American”. No, już bardziej nie przysłużę się temu krajowi, jak kupując ser w Wisconsin. Ten z jalapeno był przepyszny.

No to have a nice weekend everyone.

20:15, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (10) »
środa, 17 stycznia 2007
Start spreading the news…

             

Dzięki uprzejmości lini lotniczych JetBlue i ich biletom do Nju Jorku za $39 w jedną stronę, lecimy do Wielkiego Jabłka w marcu licząc, że pogoda okaże się miłosierna. W związku z tym proszę szanownych czytelników, którzy mieli okazję być w mieście, które nigdy nie śpi albo słyszeli coś niecoś od znajomych o podzielenie się wiedzą na temat co zobaczyć, a co sobie odpuścić. Na razie na czele listy znajduje się moja mekka, czyli MoMA. O innych miejscach na razie nie pomyślałam, ale podpowiadam, że zakupów nie zamierzam robić, więc podążanie śladami Carrie Bradshaw oraz Manolo Blahnika mnie raczej nie interesuje (serial lubię, tak na marginesie), a już na pewno nie hazbenda. Wjeżdżać na Empire State Building? Zobaczyć Statuę Wolności z bliska? Zjeść trzy hot dogi z wózka na ulicy czy pięć?  

Thanks to the JetBlue and their cheap tickets to New York ($39 one way) we are going to see the Big Apple in March hoping that the weather will be merciful.  If you have been there, or heard from friends what to see and what to not see, please share your suggestions with me. So far the top of my must-see list is occupied by MoMA.  Despite of my endless love for shoes, I am not going to track Carrie Bradshaw and Manolo Blahnik, and I am not interested in a list of places to shop.  Neither is Adam, as you can imagine. The question is to eat three famous New York style hot dogs or five? Go to the top of the Empire State Building? See the Statue of Liberty?

wtorek, 16 stycznia 2007
Weekend update

Nie wiem, kto wymyślił dwudniowe weekendy, ale na pewno popełnił wielki historyczny błąd, który widać jak na dłoni po trzydniowym weekendzie, jaki skończył się brutalnie dzisiejszego ranka. Jestem niewyspana mimo ośmiu bitych godzin snu, w robocie dwadzieścia maili z tym, co mam zrobić i nadal nic mi się nie chce, mim trzech dni w domu, które minęły prawie w całości na nic nierobieniu. Chyba naprawdę się starzeję albo odzywa się we mnie instynkt macierzyński, żeby siedzieć w gnieździe i nie ruszać tyłka poza dom. Żeby jednak nie było, że tylko w domu siedzieliśmy, to wczoraj zabrałam męża do Oak Park, gdzie mieści się dom i studio najsłynniejszego chicagowskiego architekta Franka Lloyda Wrighta. Byłam tam bodajże przed dwoma laty, ale mąż mimo dziesięciu lat w Chicago jeszcze nie miał okazji. Zdjęć w środku nie można było robić, więc nie zaprezentuję, a szkoda, bo facet naprawdę miał wizję. Chciałabym kiedyś zobaczyć słynny dom nad wodospadem jego projektu.

Wieczorem pojechaliśmy na indyjskie żarełko (mniam mniam) i gdy wróciliśmy około 9:30 wieczorem, to ścięło nas momentalnie i o dziesiątej byliśmy w łóżku. Adam zawsze po indyjskim ma jakieś dziwne sny. Dziś rano zapytał mnie, czy w nocy rozmawialiśmy o tym, że nie możemy spać. No kurna, czy ja nie mam nic lepszego do roboty w nocy niż pogawędki o tym, że nie mogę spać? Znajomi twierdzą, że zawsze po tajskim mają jakieś zwidy i chodzą na czworakach wokół łóżka. Może jest coś dziwnego w orientalnym żarciu?

W niedzielę na siłowni na wszystkich 158 ekranach pokazywali tylko jedną rzecz: miejscowych Bears grających w futbolowych play-offach przeciwko komuś tam z Seattle. Jak dojdą do finału, to być może zasiądę przed telewizorem i obejrzę. Obejrzałam White Sox, jak wygrali którąś z bejsbolowych lig, to i Bearsów zmęczę, choć normalnie to mi koło tyłka lata, co on tam robią, a cztery godziny, jakie kiedyś zdażyło mi się spędzić na Wrigley Field oglądając bejsbol, były czasem straconym. No, ale trzeba wszystkiego spróbować.

Aha, no i byłam w kinie na „Blood Diamond” namówiona pozytywnymi opiniami Hjuston i Lonelystar. Wracając jakaś babka niemal wjechała mi w prawy bok, więc musiałam ostro depnąć po hamulcach. Opowiadam hazbendowi, a jego jedyne pytanie brzmiało: „Ale czy na nią zatrąbiłaś?” Cholera, tak że chyba na drugim końcu miasta mnie słyszeli.

20:10, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2