|
Archiwum
Zakładki:
Alter ego
Blog Zosi
Chicago i okolice
Design
Moda
Po sąsiedzku
Za oceanem
|
czwartek, 04 lutego 2010
Cookie Monster
Wprawdzie święta - tradycyjny czas na pieczenie ciastek - już dawno minęły, no ale hazbend, gdy się nudzi to albo gotuje albo piecze. A gdy obieca komuś z pracy, że coś upichci, to już nie ma zmiłuj. Koledze jedzącemu peanut butter ze słoika zrobił prawdziwe masło orzechowe z prawdziwych orzechów. Innemu, smarkającemu na lewo i prawo, ugotował pikantną zupę marchewkową na pokrzepienie. Szefowej, zainteresowanej jego domowej roboty dressingami do sałatek, odpalił dwie butelki dressingu sojowo-sezamowego i włoskiego vinegrette. A jakiś czas temu, podejrzewam, że w czasie świąt, obiecał komuś ciastka z czekoladą, czyli chocolate chip cookies. Mąż ma do tych ciastek słabość, bo przez pół dzieciństwa piekła mu je jego mama. Podobno 120 na tydzień, ale muszę z nią skonsultować, bo coś nie bardzo mi się chce wierzyć, że dałaby mu zjeść tyle ciastek. Z ciastkami zeszło się najdłużej niż z innymi zamówieniami, bo do wczoraj. Chocolate chip cookies są moimi ulubionymi i mam wrażenie, że to też ulubione ciastka Amerykanów. Każdego roku w pracy z okazji tygodnia słodkości parę osób przynosiło właśnie takie ciastka, domowe bądź ze sklepu. Nie wszystkie były udane. Trafiały się gumowe śliwki robaczywki, twardzielce albo jakieś rozmamłańce. Wydawało mi się, że to musi być jakaś wyższa szkoła jazdy z tymi ciastkami, a one są w sumie banalnie proste do zrobienia. Przepis wzięliśmy z opakowania mąki. Ciastka to bomba kaloryczna. W cholerę masła, cukru to już w ogóle nie wspomnę, ale mąż się uparł, żeby było jak w przepisie, więc sypałam ten cukier jak leciało. Następnym razem chyba muszę trochę cyganić z ilością, bo ciastka wyszły słodkie jak wszystko w Ameryce.
Cieplutkie, pachnące i z czekoladą rozpływającą się w ustach. Powiem tylko, że gdyby nie zdrowy rozsądek, to zjadłabym blachę w 10 minut.
wtorek, 02 lutego 2010
Tak wszystkiego po trochu
Mówisz i masz. Z przodu
Z tyłu
I bez tego, co siedzi i zawija w sreberka wiem, że tak prędko to my się tu z zimą nie pożegnamy. No wiem, że blog leży odłogiem i czytelnicy domagają się nowych wpisów, ale w domu coś nie idzie mi pisanie. Przyzwyczaiłam się do mojego pracowego biurka. Tam bowiem w godzinach pracy (przyznaję się) spłodziłam większość postów na oba blogi. A odkąd jestem w domu z Zosią, jakoś mi nie po drodze do biurka z kompem. Zresztą, styczeń był trochę zakręcony. Mama wyjeżdżała, a ja z hazbendem podjęliśmy decyzję o tym, że żegnam się z pracą i zostaję w domu z małą Z. W pracy przyjęli to ze smutkiem, ale z pełnym zrozumieniem. Co niektórzy mnie wyściskali i pogratulowali decyzji. Firma na koniec zasponsorowała mi lunch, wypłaciła kasę za wolne i chorobowe (kurna, jak nigdy nazbierało się ich całkiem sporo) i sayonara. Na razie całkiem mi z tym dobrze, choć od czasu do czasu brakuje mi pindrzenia się do roboty i plot lunchowych. No ale aby do wiosny, to zacznę wypuszczać się z córą na szersze wody. Póki co zarezerwowałam bilet na wakacje w Polsce. Lecimy z Zosią w połowie maja i zostajemy prawie trzy miechy. Niestety, LOT-em, ale to był najtańszy bilet no i jedyny bezpośredni lot z Ciupago do Warszawy. Truskawki z polskich pól, ogórki z maminej działki, kaszanko z sokołowskich zakładów - drżyjecie, bo nie będę miała litości. No i co jeszcze. Odwiedziła nas ponownie teściowa, więc zdążyłam być dwa razy w kinie na "Avatarze" i kapitalnym "Sherlocku Holmesie" ("Avatara" zjechałam na Bez popcornu, jak kto ciekaw), raz na sushi, wypożyczyć parę książek z biblioteki i nadrobić parę zaległych rozmów telefonicznych. No i chyba tyle. Aha, i tyłek włazi mi w co niektóre spodnie przedciążowe size 4. Life's good.
piątek, 08 stycznia 2010
Cześć stare rury!
(To tak a propos wczorajszego wątku z jednego z forów na gazecie.pl opisującego pewnego młodziana pozdrawiającego takimi słowami swoje trzydziestoparoletnie koleżanki z pracy). Jeśli zaś chodzi o klasyczne rury, to proszę bardzo.
Ta znajduje się pod zlewem w mieszkaniu Ewy. Moje taśmowe polowania rozszerzają swój zasięg i oprócz polowań z aparatem, polowałam dziś uszami, gdy wysiadłam z pociągu, a idący obok mnie gość opowiadał swojej koleżance, jak to lepił taśmą plastikową tylną szybę swojego kabrioletu, która pękła jak mydlana bańka pod wpływem zimna i naporem śniegu. A śniegu nam dopierdzieliło od wczoraj, że ho ho. No a poza tym, we wtorek wieczorem padł nam akumulator w Baśce, mąż od wczoraj leży w domu w ciemnościach z powodu zadrapanego oka, babcia niestety wylatuje za tydzień do Polski, Zosia śpi 12 godzin w nocy, ja kończę właśnie pierwszą książkę Stiega Larssona z trylogii "Millennium" i mam nadzieję jutro w końcu jechać do kina.
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Hipnoza w rytmie śpiewu wielorybów
Jak wiedzą niektórzy po przeczytaniu mojej ostatniej notki na FB, zostałam w Nowy Rok niemal zahipnotyzowana. Zawsze uważałam, że zupełnie jestem na takie rzeczy niepodatna i jako dość mocno stąpająca po ziemi realistka nie wierzyłam w podobne bzdury, a tu proszę. Wprawdzie z prawdziwą hipnozą moje noworoczne doświadczenie miało niewiele wspólnego, ale i tak było to ciekawe przeżycie. Hazbend zafundował mi na urodziny gift certificate do masażystki. Jako że pani pracowała w Nowy Rok, więc wydało mi się dobrym pomysłem rozpocząć 2010 od czegoś tak przyjemnego. Ponieważ było to mój pierwszy profesjonalny masaż, nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Masażystkę wyobrażałam sobie jako rosłą dziewoję (nie bez podstaw u takiego wyobrażenia leżała postać Phoebe Buffay) w sterylnie czystym i białym salonie. Tymczasem Nourhy mieściła mi się pod pachę, a jej "gabinet" znajdował się w bejzmencie, co akurat mnie już nie zdziwiło, bo skoro żłobki mogą być po piwnicach, to czemu nie salony masażu (inna sprawa, kto by oddał dziecko do takiego żłobka). Anyway, motywem przewodnim "salonu" było "Boże Narodzenie przez 365 dni w roku", słowem wieś tańczy i śpiewa: kolorowe żarówki w kształcie ptaszków, motylków i ważek, kadzidełka, porozstawiane pierdółki, potpourri, kolorowe dywany i temperatura jak z sauny. Do tego wyjątkowo brzydki pies, wyglądający mi na pół-pekińczyka, który przez właścicielkę określony jest na jej stronie internetowej jako "jeden z najbardziej uroczych psów świata". O matko boska (kto nie kliknął na link powyżej, może kliknąć teraz, bo piesio znajduje się od razu na wejściu). Najbardziej uroczy pies świata z miejsca zaczął mi uroczo ślinić płaszcz i torebkę. Ja naprawdę lubię zwierzęta, ale ten pan był cokolwiek nie na miejscu, zwłaszcza w trakcie samego masażu, który umilał głośnym sapaniem i lizaniem się Bóg wie po czym. Ale ogólnie było przytulnie, czysto i relaksująco. Masaż okazał się być bardziej doświadczeniem duchowym niż cielesnym. W tle leciała zdaje się muzyka Briana Eno, przypominająca mi śpiew wielorybów, pies mlaskał przez sen, ja grzałam się na golasa na łożu pod kocykiem, a masażystka robiła swoje. Było oczywiście masowanie ramion, szyi, pleców, nóg, dość zaskakujące odciąganie łopatek na boki, dużo też relaksujących technik, jak pewnie jakieś specjalistyczne trzymanie głowy przez 5 minut w rękach. Może miało to przynieść jakiś skutek, ale ja przez te 5 minut myślałam, co też ta kobita robi i czemu to ma służyć. Może była to przykrywka do tej późniejszej "hipnozy", kiedy to Nouhry masowała mi stopy. W pewnym momencie przestała i przez jakieś 5-10 minut trzymała je po prostu w swoich rękach. No i zaczęłam gdzieś odpływać, do tego stopnia, że nie byłam w stanie podnieść ręki. Wieloryby dalej mruczały, a ja odleciałam gdzieś w jakiś słodki niebyt. Gdy masażystka w końcu położyła moje stopy na łóżko, krew jakby napłynęła mi z powrotem do głowy i wróciłam do świata. Co za dziwne uczucie. Poleciłabym ten rodzaj masażu osobom z bardziej spirytualistyczną duszą niż ja. Sama następnym razem wybrałabym się do rosłej dziewoi, która przewalcowałaby moje plecy tak, że nie mogłabym się ruszyć następnego dnia. No ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, zwłaszcza, że mąż wykupił masaż godzinny, a masażystka dorzuciła 30 minut gratis po tym, jak poinformował ją, że miał problem z wydrukowaniem certyfikatu. Szkoda, że masaż nie obejmował przodu, no ale tym zawsze może zająć się mąż.
środa, 30 grudnia 2009
Jak to drzewiej na Sylwestra bywało
W Chicago.
Zdjęcia pochodzą z Chicago Tribune. Pełna kolekcja tutaj Pomyślnego 2010! PS. Na Bez popcornu jest nowy wpis. Nie wiem jeszcze, czy do powrót do blogowania, ale mam nadzieję, że tak.
piątek, 25 grudnia 2009
Po raz pierwszy
Pierwszy guz, nabity w poniedziałek po zderzeniu z podłogą.
Pierwsze święta (co Zosia o tym myśli, tutaj).
Pierwsze prezenty (niektóre większe od zainteresowanej).
Pierwszy stały pokarm w postaci rozmamłanego z mlekiem opłatka (zdjęć brak). No nie mogłam się oprzeć pokusie, aby pierwszą rzeczą, której zasmakuje Zosia będzie podany w wigilę i w jej czterosmiesięczne urodziny opłatek. Nie bardzo wiedziała, co robić z podejrzaną papką w ustach, ale jakoś zjadła. Mam nadzieję, że świętujecie, prezenty okazały się udane, rybka pyszna, a za oknem nastrojowo prószy śnieg. U nas pada deszcz niestety, więc ze spaceru nici. Wesołych Świąt dla wszystkich odwiedzających Windy City.
piątek, 18 grudnia 2009
Tydzień słodkości
Skoro dziś o jedzeniu...Od trzech dni siedzę i stosuję w praktyce punkt piąty z okazji tygodnia słodkości w pracy, kiedy kto chce przynosi coś słodkiego do podzielenia się ze współpracownikami. Tydzień tak naprawdę trwa 3 dni i zaczął się we wtorek, a ja zaczęłam świętowanie falstartem, bo myślałam, że w poniedziałek i w tenże feralny dzień przytachałam szarlotkę, czyli "Polish style apple pie", jak objaśniłam kolegom i koleżankom, własnoręcznie upieczoną przez moją mamę. Niemniej, szarlotka poszła piorunem. No a od wtorku jest wysyp innych słodkości, choć pojawiła się też beef jerky (pyszna) i jakaś salami-podobna kiełbasa wraz z gustownym słoiczkiem musztardy. Mieliśmy więc (przepraszam za angielszczyznę): brownies, chocolate meltaways, carrot cake, triple fudge chocolate cake, pretzles with chocolate, cinammon sticks, homemade cupcakes, chocolate covered almonds, rum balls, sugar cookies, butter-scotch cookies, pumpkin bread, Hawaiian bread with spinach dip (?!), caramel popcorn, mixed nuts oraz wszelakiego rodzaju czekoladki w lukrze, bez lukru, kolorowe i niekolorowe. No i co do tych czekoladek. Większość była o smaku miętowym. Nie wiem, jak, skąd i dlaczego, ale lokalna ludność uwielbia takie właśnie czekoladki. Ja zupełnie nie rozumiem tej egzaltacji z połączenia czekolady i mięty, a na moje stwierdzenie, że ich nie lubię ludziska wybałuszają oczy, jakbym powiedziała, że nie lubię pizzy (nie spotkałam nikogo, kto nie lubiłby pizzy - jeszcze nie albo na szczęście jeszcze nie). W każdym bądź razie, przyczółek świąteczny zdobyty - najadłam się tyle słodkich rzeczy, że gdy mama pyta się mnie, jakie ciasto będziemy piekły na święta, zastanawiam się, czy może nie powinnyśmy upiec 1/2 blachy, z czego połowę oddać sąsiadowi. Dania z wolnowara
(Lub - jak wyczytałam w linku podczepionym przez Fionę_Apple w poprzednim wpisie - z elektrodusiciela.) Wolnowar (slow-cooker albo Crock-pot) to wielki elektryczny gar (mój jest ceramiczny), w którym gotuje się obiadki siedząc w pracy i nie kiwając palcem w bucie. Idea jest taka, że do gara wrzuca się mięsko, warzywa, przyprawy, włącza i zostawia na "małym ogniu" na 6-8 godzin, w zależności od rodzaju mięsa. My z reguły przygotowujemy wszystko wieczorem, rano podłączamy do kontaktu i czujnika czasowego i jedziemy do roboty. O 10:30 czujnik czasowy włącza gar i wołowinka się pichci do 6:30 po południu. Wchodzę do domu i już z sieni czuję, że obiadek będzie pyszny. Tym razem idę na łatwiznę i nie bawię się w przepisywanie i tłumaczenie przepisów jak za króla Ćwieczka, tylko skorzystając z dobrodziejstw techniki wrzucam skany dań z wolnowara, które ostatnio robiliśmy. Kto nie kumajet po angielsku, ten tym razem jest out of luck.
Na zdjęciu jest duszona wołowina z ostatniego przepisu. Wiem, że może nie wygląda zachwycająco, ale musicie mi wierzyć na słowo, że smakowała naprawdę świetnie. Gotowaliśmy ją 8 godzin i podaliśmy ją z ryżem (Spanish rice), choć założę się, że i z ziemniarami byłaby świetna. Zdjęć pozostałych dwóch dań nie mam. Z tego wolnowarowego towarzystwa, kapucha z żeberkami była według mnie najlepsza. Przepis trochę zmodyfikowaliśmy, bo oryginał mówi, żeby użyć kiełbasy Bratwurst i podawać na chlebie. My użyliśmy boneless pork ribs, czy jakoś tak podobnie się to nazywało, czyli żeberek bez żeberek i serwowaliśmy z ziemniakami po amerykańsku, czyli niezdrowo zmiksowanych z masłem i mlekiem. Niebo w gębie. Kurczak z ziemniakami i czosnkiem też był świetny. Tu chyba żadnych innowacji nie stosowaliśmy i zrobiliśmy jak książka pisze. Cały dom pachniał czosnkiem. Wolnowara używamy głównie zimą, może dlatego, że potrawy są raczej syte i w stylu comfort food, choć porcja wołowiny miała tylko 236 kalorii, jeśli wierzyć wyliczeniom autorów. Przepisy na wołowinę i kurczaka pochodzą z tej książki , a na żeberka vel. Bratwursty z kapustą z tej.
wtorek, 15 grudnia 2009
Poranek kojota
Z cyklu: koszmarne poniedziałki. Zaczęło się od tego, że Zosia nie dała nam pospać, więc ruszaliśmy się rano jak muchy w smole i spóźniliśmy się na nasz regularny pociąg. No to pojechaliśmy następnym. Do tego siąpiła jakaś ohydna mżawka, a mój nowy szalik totalnie "oblazł" mi wełniany płaszcz, więc wyglądałam, jakby wylądowało na mnie kosmate ufo, cała w czerwono-pomarańczowych kłakach. Przy kontroli biletów okazało się, że mąż, po raz trzeci w ciągu ostatnich 10 dni, zapomniał portfela. Chwała Bogu, że poprzedniego wieczoru włożyłam $50 do swojego (byłam zupełnie bez gotówki), bo inaczej nie mogłabym mu nawet kupić biletu. W pracy okazało się, że szef przeniósł stronę firmy na nowy serwer i wszystkie ustawienia, jakie miałam do zmian, szlag trafił. Szef należy do tych, którzy za dużo nie tłumaczą, bo sam nie wie za dużo i nie miał pojęcia, jak się zabrać do zmian konfiguracji, więc zostawił mnie z bałaganem i bez możliwości edytowania, mówiąc, że to na pewno nie jest trudne i że jak wejdę tu, poklikam tam, to na pewno wymyślę, jak to zrobić. Facet jest po prostu beznadziejny. Sam nie wie co robi, a żałuje paru dolarów, żeby kogoś zatrudnić na zlecenie, żeby nam takie pierdoły poprawiał. Dodam, że naszych dwóch IT gachów nawet palcem w tej sprawie nie kiwają. No po prostu pięknie. Walczyłam z gównem pół dnia i nadal jestem w lesie. W drodze do domu (Boże, w końcu koniec tego dnia), mąż postanowił, że mnie "wyrzuci" pod domem, a sam pojedzie kupić paliwo do Baśki. Wrócił jakoś podejrzanie szybko - no bo przecież nie miał portfela ze sobą, żeby zapłacić. Później było jeszcze lepiej. Po kolacji pojechał do Trader Joe's na zakupy i zostawił skrzynkę wina na parkingu. Na szczęście wino jest całe i zdrowe i do odebrania dziś albo jutro. Na koniec dnia okazało się, że w domu nie ma ani grama ryżu potrzebnego do dzisiejszej kolacji. Robimy wołowinę w wolnowarze (slow-cooker, nie wiem, czy to się tak tłumaczy) i cała idea była taka, żeby przyjść do domu i mieć obiad gotowy, a nie lecieć do sklepu po ryż i czekać aż się raczy ugotować. A jeszcze później zabrakło pasty sezamowej potrzebnej do zrobienia hummusa, a mąż już zdążył wymieszać wszystkie pozostałe składniki razem. A co do tytułu, to czekając na pociąg widzieliśmy najprawdziwszego kojota biegnącego środkiem torów Metry. Biedak był zupełnie zdezorientowany i przestraszony. Nie dziwne - z nasypu kolejowego nie ma praktycznie zejścia, obok autostrada i setki samochodów, a on nie ma gdzie się ukryć. Zadzwoniłam na 311 i zgłosiłam, że widziałam go tu i tu. Mam nadzieję, że dziś albo jutro nie przeczytam, że go zastrzelili (to się już zdarzyło), bo wtedy ten miniony poniedziałek, choc 14-go, zapamiętam jako bardzo pechowy. Boże, niech już będą te święta i Nowy Rok, bo mam dwa czterodniowe weekendy z tej okazji i już nie mogę się ich doczekać.
czwartek, 10 grudnia 2009
|