My kind of town

piątek, 07 września 2012
Chyba już nie Obameryka

Pamiętacie, gdy cztery lata temu miałam przed domem tabliczkę popierającą Obamę? W tym roku takiej nie planuję. Nie dlatego, że nie będę na Obamę głosować (bo będę), ale chyba dlatego, że nie mam już serca do polityki jak miałam cztery lata temu, gdy namiętnie oglądałam debaty kandydatów na kandydatów obu partii, obie konwencje wyborcze i debaty telewizyjne Obamy i McCaina. Sądząc po braku jakichkolwiek znaków poparcia dla któregokolwiek kandydata w okolicy (a w poprzedniej kampanii było ich o tej porze pełno) nie tylko ja mam w nosie wybory. Wczoraj obejrzałam wystąpienie Obamy i pewnie obejrzę debaty z Romneyem. Potem w listopadzie marsz do remizy oddać głos i to by było chyba na tyle w tym temacie. Tym razem nie będzie imprezy w piwnicy i walenia w gary z radości. Myślę, że sam Obama i Chicago nie zrobią takiej fety jak cztery lata temu. Trochę szkoda, że gdzieś po drodze zawieruszyła się "hope" i "change". 

czwartek, 30 sierpnia 2012
Laptop vs iPad

Mój laptop zakończył wczoraj swój żywot. Było to, na szczęście, do przewidzenia od jakiegoś czasu, więc nie straciłam żadnych ważnych dokumentów. Laptop, a właściwie notebook z małym dziesięciocalowym ekranem, służył mi głównie do przeglądania stron, dostępu do maila i oglądania seriali na Netflixie. Nie trzymałam tam zdjęć, nie ściągałam muzyki czy filmów ani innych dużych plików. Zaczęliśmy z mężem rozglądać się za następcą. Nie rozglądaliśmy się za innymi notebookami, bo praktycznie większość producentów przestała je produkować i przestawiła się na tablety. Klasycznych laptopów też nie mieliśmy czasu szukać, bo na to trzeba więcej czasu niż jeden wieczór. Pomyślałam więc o Kindle Fire, ponieważ od jakiegoś czasu chciałabym mieć e-czytnik, ale szybko okazało się, że Fire jest dla mnie za mały. Siedem cali to niedużo. Większość tabletów jest chyba właśnie w takim rozmiarze. Pomyślałam o iPadzie, bo akurat kilka dni temu miałam okazję pobawić się egzemplarzem koleżanki. Podobało mi się. 

Za tradycyjnym laptopem przemawia kilka czynników: klasyczna klawiatura, większy ekran, pojemność dysku, możliwość podłączenia bezpośrednio do gniazdka z internetem, gdy nie ma wi-fi, port USB. Zanim więc podejmę decyzję, czy będę szukać laptopa czy kupię iPada, mam do użytkowników tego ostatniego kilka pytań. iPad służyłby mi do tego samego, co mój notebook, czyli przeglądanie stron, email i Netflix. 

1. Jakie są Wasze wrażenia z pisania na klawiaturze iPada? Nie miałam okazji pisać niczego dłuższego na tym koleżanki. Czy pisanie na dotykowej klawiaturze długiego maila, posta na blog, czy czegokolwiek innego jest tak samo proste jak na tradycyjnej klawiaturze czy raczej męczące?

2. Polskie znaki. Nie ma zdaje się klawisza "alt" i możliwości wstawienia polskich liter przez przyciśnięcie alta i np. s, żeby zrobić "ś". Z tego, co pobieżnie zdążyłam przeczytać, obce litery są dostępne i można je wstawić tak jak symbol w Wordzie, czy coś podobnego. Jak to wygląda w praktyce? Pain in the neck czy w miarę prosto? 

3. Netflix. Netflix wymaga skryptu Silverlight Microsoftu. Czy Netflix działa na iPadzie korzystając ze specjalnej aplikacji, czy po prostu działa po zainstalowaniu Silverlightu?

4. Książki. Czy książki na iPada kupuje się na iTunes tak jak książki na Kindle na Amazonie? Czy jest możliwość kupowania książek poza iTunes? Czy można książkę przez iTunes wypożyczyć albo ściągnąć za darmo pierwszy rozdział przed zakupem? Czy ceny książek na Kindle są podobne do tych na iPada? 

5. Czy iPad ma port USB?

6. Wrażenia ogólne. Czy iPad może zastąpić mi laptopa praktycznie bezproblemowo czy jedak będzie on trochę bardziej uciążliwy w użytkowaniu i tym do czego będzie mi potrzebny? Wiem, że to dość subiektywne i tak naprawdę nie dowiedziałabym się dopóki nie kupiłabym iPada, ale może ktoś, kto korzysta tylko i wyłącznie z iPada podzieliłby się wrażeniami.

Dziękuję za odpowiedzi i pomoc. Aha, dodam, że raczej kupiłabym iPada 2 niż najnowszy model.


16:59, aniabuzuk , www
Link Komentarze (28) »
środa, 29 sierpnia 2012
Ponadczasowa

Mam w szafie sukienkę, którą kupiłam dziewięć lat temu podczas wakacyjnego pobytu w Chicago. Kupiłam ją w sklepie Discovery, który sprzedaje ciuchy dla małoletnich dziewcząt. Dziewięć lat temu małoletnia nie byłam, ale do sklepu trafiłam, bo mogłam tam dojść na piechotę z mieszkania babci. Sukienka sięga lekko za kolano, jest na ramiączkach, z małym wiązanym "oczkiem" tuż nad biustem, w nieco poschizowany wzór odcieni niebieskiego, białego i beżu.  O, proszę. Mimo dziesięciu lat nie straciła koloru, fasonu i - w moich własnych oczach - jest ciągle na czasie. Jest jak stara, dobra przyjaciółka, z którą nie widziałam się od dawna, a kiedy się spotykamy, gadamy jakby nie minęły miesiące czy lata. Zakładam ją każdego lata (poza tymi w ciąży) i każdego roku czuję jakbym zakładała ją po raz pierwszy. Miałam ją na sobie podczas poprawin po weselu. Była ze mną w podróży poślubnej. Założę do niej sandały na obcasie i jestem gotowa do wyjścia na randkę. Założę płaskie sandały - gotowa iść do sklepu na zakupy. Założę japonki - gotowa na plażę. Co tu dużo gadać - uwielbiam ją. 

 Może za ileś lat moja sukienka będzie dla Zosi, tym czym dla mnie spódnica, którą kiedyś dostałam od mamy. Przechowuję ją niczym relikwię, bo jak inaczej można traktować zamsz w dwóch odcieniach brązu, zapinany na całej (krótkiej) długości na srebrne zatrzaski, z małym paskiem w talii. Była jedną z moich ulubionych spódnic na wieczorne wyjścia w trakcie studiów. Może moje niektóre koleżanki z tamtych lat nawet ją pamiętają. Dziś już bym jej pewnie nie założyła, bo z taką długością spódnic rozstałam się kilka lat temu. Ale trzymam ją nadal i kiedyś oddam Zosi. Może razem z ponadczasową sukienką w paski. 

21:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (7) »
Paznokieć

Wczorajszą, ósmą rocznicę przylotu do Chicago "uczciłam" niechcący zrywając sobie paznokieć u dużego palca lewej stopy. Paznokieć i ja mamy długą i bolesną historię. Kilkanaście lat temu ktoś mi na niego nadepnął podczas jakichś baletów w lubelskim klubie MC Cafe. Paznokieć zrobił się fioletowy i odrastał przez rok. Gdy już odrósł, koleżanka z pokoju w akademiku niechcący nastąpiła mi na niego po raz kolejny, tym razem dokonując permanentnego uszkodzenia tkanki pod paznokciem, ktory już nigdy nie odrósł gładki i normalny. Trzeci akt nastąpił ponownie MC Cafe, gdy ktoś mi tenże paznokieć praktycznie zerwał. Nawet nie bolało, a ja zorientowałam się, że coś jest nie tak, gdy krew zaczęła mi chlupać w bucie. Ah, to dobroczynne działanie piwa 10,5, EB albo czegoś innego, co wtedy piłam. Taksówka, pogotowie, chirurg, który wyglądał jak rzeźnik (190cm wzrostu, jakieś 130 kilo żywej wagi, łysa głowa i wielki brzuch) szybkie znieczulenie (choć doktor był mu bardzo niechętny) i paznokcia nie było. 

Dziś też poszło szybko (dziś, bo wczoraj było już za późno, żeby gdziekolwiek jechać poza ostrym dyżurem, a tam akurat jechać nie chciałam). Pan doktor dał mi dwa zajebiście bolesne zastrzyki znieczulające, tak że mi życie stanęło przd oczami, wyrwał gładko paznokieć, oczyścił ranę i powiedział, że jest szansa, że tym razem odrośnie lepiej niż poprzednio. Przynajmniej jakaś pociecha. Póki co, lata zostało mniej niż więcej, sandały niedługo pójdą w kąt i nie będę musiała chodzić z opatrunkiem na palcu. Nowy paznokieć, kolejne osiem lat przede mną.

19:45, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »
czwartek, 09 sierpnia 2012
Kilka słów o Olimpiadzie

Zbieram się z wpisem o olimpiadzie od tygodnia, zdążyłam zapomnieć połowę tego, co chciałam na gorąco skomentować, no ale może uda mi się przed końcem. Dla mnie ta olimpiada ma wielu bohaterów. Jednym z nich jest Oscar Pistorius, biegacz bez nóg i wspaniały moment, gdy po nieudanym dla niego półfinale późniejszy mistrz olimpijski Kirani James wymienił z nim numer startowy. Jest Usain Bolt, ktory, gdy piszę ten post jest tylko kilka godzin od przejścia do historii jako pierwszy sprinter, który obronił złoto na 100 i 200 m w dwóch kolejnych igrzyskach. Jest Tomasz Majewski, który wytrzymał ciśnienie i zdobył złoto w pchnięciu kulą we wspaniałym stylu. Jest nasz ciężarowiec Bartek Bonk, który wskoczył na podium, choć nikt się tego po nim nie spodziewał.

No i jest Michael Phelps. Media napisały już o nim chyba wszystko, wyliczono mu skrupulatnie rozpiętość ramion przewyższającą wzrost, pojemność płuc dwukrotnie większą niż u przeciętnego człowiek, ba, nawet rozmiar stopy, który też mu pomagać w basenie. Z igrzysk olimpijskich w Pekinie zapamiętałam najlepiej dwa momenty z jego udziałem: pokonującego Milorada Cavica o 0,01 sekundy w finale 100 m motylkiem i wygraną pływackiej sztafety amerykańskiej na dystansie 4x100 m. Cztery lata później oglądałam znowu Phelpsa na pływalni. Po ośmiu nieprawdopodobnych złotych medalach w Pekinie, wyjeżdża z Londynu z mniejszym dorobkiem medalowym, ale jako najbardziej utytułowany olimpijczyk w historii. Przez media zdążyły już przewalić się dziesiątki komentarzy na temat tego, czy Phelps jest najlepszym olimpijczykiem wszechczasów, czy też tylko ilość konkurencji pływackich pozwoliła mu na zdobycie 22 medali igrzysk. Takie dywagacje mnie niespecjalnie obchodzą, choć lubię sobie poczytać, co dziennikarze myślą na ten temat. Dla mnie Phelps jest absolutnie genialny. Był przez wiele lat na topie i odchodzi jako legenda. Nie mogło być kolejnych ośmiu złotych medali, ale jego dorobek z Londynu jeszcze bardziej sprawia, że myślę o tamtych medalach z Pekinu jako wyczynie nie z tej ziemi. Mimo iż bardzo go lubię i podziwiam, to mam nadzieję, że nie wróci do pływania. Nie ma dla  mnie nic smutniejszego niż wielcy mistrzowie (patrz Otylia Jędrzejczak), którzy wracają do sportu z emerytury i próbują (najczęściej z dość słabymi rezultatami) wrócić do czołówki, która już dawno odpłynęła (odbiegła, odskoczyła, odjechała) poza poziom dawnego mistrza. Niech legenda Phelpsa skończy się tu i teraz. Jego mama podobno chce jechać z nim do Rio w 2016. Kochana pani, niech sobie pani jedzie, ale tylko i wyłącznie oglądać pływaków z trybun, a nie kibicować swojemu synowi.

Historia tych igrzysk, niestety, rzadko dzieje się z udziałem polskich sportowców. Nasza reprezentacja to dramat. Rozumiem, gdy zawodnik walczy i nie wychodzi, tak jak jedne z naszych kajakarek (lub wioślarek), który walczyły zażarcie o brąz i nie dały rady. No ale jak na bieżnię wychodzi Paweł Wojciechowski, mistrz świata sprzed roku w skoku o tyczce i nie zalicza żadnej wysokości, podobnie robi Anna Rogowska w tej samej konkurencji, pewniak do złota Marcin Dołęga pali wszystkie próby na pomoście, siatkarze dają ciała totalnie w rundzie eliminacyjnej, a później w ćwierćfinale, Radwańska zapomina jak się trzyma rakietę, to mnie po prostu trafia szlag. To nie są juniorzy bez doświadczenia i obycia międzynarodowego. To starzy wyjadacze stadionów, kortów i boisk, którzy doznają nagle katastrofalnej niemocy sportowej. Jak to możliwe, że Dołęga, który z tego co czytałam, o północy w piżamie mógł podnosić sztangę ze 190 kg, nie dał rady unieść jej ani razu w Londynie? Niech bedzie, że stres, że olimpiada, ale taka gleba i kompromitacja? Mi się to w głowie nie mieści.

No i te wyjazdy za zasługi. Jędrzejczak pojechała na olimpiadę bez wypracowanego minimum. Wojciechowski chyba też. Zamiast dać szansę jakimś młodziakom, ktorzy poprawialiby rekordy życiowe, gryzli trawę i młócili wodę w basenie, to wysyłamy ludzi bez formy albo takich, którzy na światowym poziomie startować nie bedą. 

O tym, jak telewizja tutaj pokazuje olimpiadę pisać już nie będę, bo niewiele różni się od tego, co było cztery lata temu. Dzięki Tranikowej, która powiedziała mi o BBC nadającej wszystko na żywo, oglądam głównie w internecie, a wieczorami w telewizorze co lepsze kąski. Zresztą, nie tylko ja. Wielu Amerykanów również korzysta z serwisu BBC, bo kto by chciał oglądać wszystko z powtórek. Kończę, bo właśnie zaczyna się sesja na stadionie. Bolt - poniżej 19?

20:21, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
niedziela, 15 lipca 2012
Kanały to nasza specjalność

W nocy z czwartku na piątek obudził mnie ból w lewej piersi. "Za ostro się napływałam", pomyślałam i próbowałam spać dalej. No ale ze spania nic już nie wyszło, bo ból narastał, dołaczyły do niego dreszcze, ból głowy i chęć na wymioty. A rano wyczułam całkiem pokaźne nabrzmienie. Brzmi groźnie, ale to nie rak ani ciąża. To "tylko" niedrożny kanalik mleczny, który spowodował infekcję i objawy jak przy grypie. Po prostu fantastycznie. To już nie moje pierwsze zetknięcie z takim problemem, ale ostatni raz przytrafiło się więcej niż dwa lata temu, gdy karmiłam piersią Zosię. Przy Antosiu wszystko było okay. Aż do czasu, jak się okazało. Piątek przeleżałam jak nieżywa w łóżku, jak z najgorszą grypą, a hazbend robił za matkę i ojca. Zadzwoniłam do swojej ginekolog i dostałam antybiotyk, bo tylko tak można pozbyć się tego świństwa i zapobiec dalszej infekcji.

Swoją drogą, czyż to nie genialne rozwiązanie, że lekarz dzwoni do mojej apteki i zamawia dla mnie lekarstwo, a ja za godzinę odbieram je w Walgreensie dwa bloki dalej? Genialne, zaiste. 

Dziś wcale nie jest lepiej. Kanalik jest nadal zablokowany, antybiotyk pomaga tylko na tyle, ze jakoś trzymam się na nogach. Zablokowany kanalik trzeba masować i przypomina to masowanie wielkiego siniaka z całej siły. Uroczo.

Uroczo będzie też w czwartek, bo Antoś też ma problem z kanalikiem. Nie mlecznym, a łzowym, który jest niedrożny od urodzenia. Jak to mówia, no big deal i do 9 miesiąca życia Antosia miałam tym się nie przejmować zanadto, bo większość takich zablokowanych kanalików udrażnia się z czasem. Dla dziecka nie ma to chyba większych skutków ubocznych, poza tym, że oko jest załzawione i gromadzi więcej tzn. śpiochów z rana albo po drzemkach. Dziewięć miesięcy minęło, kanalik dalej zablokowany, pediatra wysłała nas do okulisty. Okulistka zrobiła czary mary, wlała małemu do oka krople z kontrastem, po czym przystawiła do buzi lampę fluorescencyjną i voila, widać gołym okiem, że lewe oko nie odprowadza łez. Kanalik trzeba więc udrożnić. Nie pytajcie mnie dokładnie jak, bo nie chcę o tym czytać, żeby się więcej nie stresować, w każdym bądź razie, mały ma być pod narkozą, żeby mogli przeprowadzić zabieg. Do tego, jak przy jakimkolwiek zabiegu chirurgicznym wymagającym znieczulenia, ma być na czczo, więc słabo sobie wyobrażam zawiezienie go do centrum z pustym żołądkiem. Podobnie słabo widzę oddanie go w ręce lekarzy i czekanie aż przyniosą go z powrotem. Gdyby tak na ten jego kanalik mógłby być jakiś antybiotyk...Trzymajcie kciuki.

03:36, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (21) »
piątek, 13 lipca 2012
Obiecanki cacanki

Obiecanki: 

I cacanki:

Własnych truskawek się w tym roku nie najem. Wszystkie zawiązki owoców zeżarły króliki mimo iż hazbend opryskał rośliny jakimiś sikami kojota czy czymś, co mialo niby je odstraszyć. Nie odstraszyło, a kwiatki z truskawki ze zdjęcia powyżej też pewnie się nie uchowają, bo i to królikom smakuje. Za rok postawię płot wokół truskawek. 

04:25, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
wtorek, 26 czerwca 2012
Mydło i powidło

Odkąd wróciłam do Chicago, jestem wypompowana wieczorami, że nawet gdy mam w głowie jakiś pomysł na nowy wpis, to wolę się oddać leniwemu oglądaniu jakiegoś serialu czy czytaniu książki. Chyba więc moje przyszłe wpisy będą zlepkiem tego, co mi leży na wątrobie i co po iluś tam tygodniach w końcu udaje mi się przenieść na bloga. Stąd też moja dość nikła obecność na innych blogach. Czytam na bieżąco i kibicuję rosnącym brzuchom, rosnącym dzieciom, wycieczkom, piknikom, zmianom w pracy, ale gorzej z komentowaniem, więc mam nadzieję, że wybaczycie i rozumiecie.

****

Patrzę czasem na innych rodziców i szlag mnie trafia, gdy widzę, jak wychowują swoje dzieci. Może mnie jako nieliczną to bulwersuje, ale nie moge, no po prostu nie mogę, gdy widzę o 9:30 wieczorem w Targecie rodzinę z powiedzmy rocznym czy dwuletnim dzieckiem. Czy ludzie naprawdę nie wiedzą, o której godzinie kłaść dzieci spać? Ja rozumiem, że rodzice pracują, że po pracy mają mało czasu dla swoich dzieci, no ale kurna, czy naprawdę trzeba to dziecko ciągnąć do sklepu na godzinne zakupy, gdy jest tak późno? Czy jedno z rodziców nie może zostać w domu, położyć dziecko spać, a drugie robić zakupy? Ostatnio usłyszałam o dwójce naprawdę małych dzieci, które razem ze swoimi rodzicami były na spotkaniu ze znajomymi do północy. No i co tu powiedzieć takiej mamie? Przecież to nie moja sprawa. Eh...

****

Odkąd jestem mamą, nie mogę czytać o przykładach przemocy i zaniedbań wobec dzieci, zwłaszcza tych zakończonych śmiercią dziecka. "Pobił, uderzyła, nie upilnowali, byli pijani, dziecko zmarło, dziecko z ciężkimi obrażeniami..."Nie można uleczyć zła wyrządzanego dzieciom na świecie i boli mnie to jak cholera. Człowiek stara się zapewnić swoim szczęśliwe dzieciństwo, a gdzie indziej jest skrajna nędza, wyzysk, patologia i potworne zaniedbania. Martwi mnie, że ludzie tak naprawdę żyją tylko dla siebie i wiodą w sumie puste życie, a tylko niewiele osób robi coś dla innych. Przepraszam za taki pesymistyczny ton, ale chyba dopiero niedawno zrozumiałam mojego męża, który nie chce przeżyć swojego życia tylko dla siebie i chciałby coś po sobie zostawić, ujmując to krótko i bez zbędnego rozpisywania się. I chyba mam nadzieję, że może kiedyś coś takiego mi się uda wcielić w czyn. Nie chce mi się teraz nad tym rozwodzić, żeby nie wpaść w jakiś tani sentymentalizm (o ile już nie wpadłam). Nie wiem co, jak i gdzie, ale mam nadzieję, że zostanie mi w głowie ten idealizm i że proza życia go nie zabije. 

****

No to żeby nie było tak zupełnie ciężkostrawnie, to może coś z tej prozy życia. Zosia zaczęła przedszkole 5 razy w tygodniu, w tym samym miejscu, do którego chodziła 2 razy w tygodniu przed naszym wyjazdem do Polski. Trochę się borykałam z tą decyzją, bo jestem przecież w domu, no i względy finansowe, ale na razie mała jest zadowolona, nie marudzi, chodzi chętnie i ma kontakt z dziećmi oraz polskim, bo przedszkole prowadzi Polka. A ja mam więcej czasu dla Antosia, bo dla siebie to chyba nie he he. Antoś chyba szykuje się do postawienia pierwszego kroku przed pierwszymi urodzinami, bo już od długiego czasu umie stać w łożeczku i przy meblach. Obstawiam, że zacznie chodzić w wieku 11 miesięcy.

****

Za dwa tygodnie jedziemy do Maumee Bay. Byliśmy tam 2 lata temu i wracamy spotkać się z teściową oraz szwagrami. Wtedy było fajnie, myśle, że i tym razem też tak będzie. Może uda się mi i hazbendowi wyrwać na mini-randkę w hotelowej restauracji i zostawić dzieci pod opieką teściowej. Mam nadzieję, że teściowa bedzie też nas częściej odwiedzać w Chicago, bo nie będę ukrywać, że jej pobyt u nas pozwala mi i mężowi na wyjście gdzieś razem bez dzieci. Ah, małe przyjemności...

****

Na razie cieszę się z lampki wina i kolacji na dworzu, gdy dzieci śpią, weekendowego grillowania, pięknej pogody i paru nowych ciuchów w szafie. Czekam aż w końcu wleją wode do pełnowymiarowego basenu w Portage Parku, żebym mogła przepłynąć go kraulem (na razie pływam pod dachem). Czytam "Draculę" Brama Stokera, bo nigdy nie miałam okazji. No i mam nadzieję, że Niemcy wygrają Euro. 

03:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 maja 2012
Cyfrowa "Polityka"

Mój ulubiony tygodnik właśnie uruchomił wersję cyfrową. Oferuje pełne wydanie ostatniego numeru, 10 artykułów w wersji audio i archiwum od 2000 r. Wszystko za 16 złotych miesięcznie. Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Wprawdzie w Chicago mam bardzo łatwy dostęp do wydania papierowego, bo mogę je kupić w pobliskim sklepie spożywczym, ale jeden egzemplarz kosztuje 5 dolców, więc matematyka jest prosta. I czasem zanim się obejrzę wszystkie egzemplarze są wykupione. Wprawdzie nadal lubię fizycznie wziąć do ręki magazyn, no ale w tym przypadku nie będę się chyba długo zastanawiać. Jeszcze jakby "Twój Styl" zrobili w podobnym formacie, to byłoby super. W Chicago jeden numer kosztuje $10 no i sorry Winnetou, ale to jest przegięcie. Myślę, że niedługo coraz więcej magazynów i dzienników zacznie kasować za dostęp do swoich treści w internecie. Skoro czytelnictwo papierowych wydań od lat leci na łeb na szyję, będzie logiczną konsekwencją, aby za wydanie  online pobierać opłaty. Sama widzę po sobie. Nie kupuję ani "Chicago Tribune" ani "Sun Timesa", a czytam je codziennie.

I chyba dojrzałam w końcu do Kindle. Podchodzę do takich nowinek jak pies do jeża, no ale Kindle to już daaawno żadna nowinka. Po tym, jak przeczytałam pierwszy rozdział "The Hunger Games" na urzadzeniu szwagierki, stwierdziłam, że chyba czytałabym więcej, gdybym miała tak łatwy dostęp do książek. I nie musiałabym targać trzech tomów wspomnianej wyżej trylogii do Polski (bo kupiłam tradycyjne wydanie). Która to trylogia jest chyba dla czytelników ze 20 lat młodszych ode mnie. Jeszcze pierwszy tom dał się przeczytać, ale dwa pozostałe były słabiutkie. Teraz na tapecie książka Wałęsowej.

15:28, aniabuzuk , www
Link Komentarze (17) »
czwartek, 10 maja 2012
Różności

Trudno uwierzyć, że już więcej za mną niż przede mną i że za 4 tygodnie trzeba będzie zwijać żagle. A tak mi się ostatnio tu dobrze zrobiło w Sokołowie, że nawet niespecjalnie chce mi się jeździć do Warszawy. To chyba głównie dlatego, że chciawszy niechciawszy muszę zabierać ze sobą Antu (ciągle karmionego piersią) i jak pomyślę o wszystkich gratach, które ze sobą muszę ciągnąć, to mi się odechciewa.

W Sokołowie znalazłam dla Zosi bardzo fajne przedszkole, do którego chodzi dwa razy w tygodniu. Przedszkole jest o niebo ładniejsze niż wszystkie tego typu placówki, jakie zwiedziłam w Chicago, gdy szukałam czegoś dla niej. Kolorowe, przestronne, nowe i z miłymi paniami. No i ta cena. Miesiąc kosztuje 350 złotych. Ja płacę za godziny, więc wychodzi mi 40 złotych na dzień. Za dzień w Chicago płacę 40 dolców. Nóż się w kieszeni otwiera. No cóż, po powrocie trzeba będzie płacić i płakać.

Do tego sokołowski basen. Zaczęłam chodzić w połowie kwietnia. To był mój pierwszy raz na basenie od urodzenia Antu i myślałam, że będę umierać następnego dnia. Ale nie. Gnaty mnie lekko bolały, ale tak przyjemnie. Bardzo lubię taki ból po wysiłku fizycznym. Na basenie zobaczyłam nauczyciela wuefu ze swojej podstawówki, który uczył pływać jakieś dwie laski. Zapisałam się więc do pana od wuefu na lekcje stylu dowolnego, bo jakoś nigdy nie miałam okazji się nauczyć. Żabka mi się ostatnio trochę przejadła. Pływanie, choć świetne jest w sumie nudne. Zawsze marzyło mi się urządzenie do słuchania muzyki pod wodą. I voila, prośby zostały wysłuchane. Chyba skuszę się na wodoodporne pudełko na iPoda Shuffle. Ale to juz po powrocie do Chicago. Na razie mam jedyną chyba szansę, żeby się nauczyć kraula. W Chicago byłoby trudniej, bo i mniej czasu i nie ma dziadków. A tutaj tanio jak barszcz (40 złotych za godzinę). A mówią, że Ameryka jest tania. Chyba następnym razem muszę przylecieć do Polski zimą i jechać w góry, żeby w końcu nauczyć się porządnie jeździć na nartach. Na pewno będzie taniej niż w Stanach. 

Znalazłam też lepsze lody niż te, które jadłam w dzieciństwie. Normalnie pycha. Każde wyjście do miasta kończy się więc wypadem na lody. No pięknie w tym Sokołowie, nie ma co. 

*******

Od 2010 każdego roku, gdy jesteśmy w Polsce na działkę rodziców przychodzi człowiek z koniem, żeby zrobić grządki pod warzywa. Zośka oczywiście ma radochę. Tym razem też się załapałyśmy. Koń, a właściwie kobyła, była źrebna. Tłumaczyłam więc Zosi, że to jest mama koń, która będzie miała małego konika. "To tak jak mama, gdy miała Antosia w brzuchu." - mówię jej. Po jakimś czasie, dziadek pyta się Zosi, kogo mama koń ma brzuchu. A Zosia na to: "Antosia".

******

Antoś zaczął niedawno raczkować. Oj, będzie z nim bal w samolocie. Nadal śpi w kratkę, ale zdarza mu się dospać do rana. Ma już 4 zęby. Zosia rozgadała się na całego i buzia jej się nie zamyka. Codziennie robi z dziadkiem obchód ogrodu, zbierając ślimaki, kamyki, patyki i obserwując biedronki, pająki i inną florę i faunę. Przez kilka dni pod koniec kwietnia było tak ciepło, że rozstawiliśmy basen dla dzieci. Antu zaliczył swój pierwszy raz w wodzie i od razu mu się spodobało, co nie było zaskoczeniem, bo uwielbia, gdy siedzi w wannie. 

******

Za dwa tygodnie przylatuje tata i mąż, więc mam nadzieję, że uda nam się wyrwać kilka razy na jakąś kolację i pozwiedzać sokołowskie restauracje, które pewnie można zliczyć na palcach jednej ręki, no ale na bezrybiu i rak ryba. Może i do stolicy się wybierzemy. Na razie byczymy się na wsi. 

11:42, aniabuzuk
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45