|
Archiwum
Zakładki:
Alter ego
Blog Zosi
Chicago i okolice
Po sąsiedzku
Za oceanem
|
piątek, 11 maja 2012
Cyfrowa "Polityka"
Mój ulubiony tygodnik właśnie uruchomił wersję cyfrową. Oferuje pełne wydanie ostatniego numeru, 10 artykułów w wersji audio i archiwum od 2000 r. Wszystko za 16 złotych miesięcznie. Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Wprawdzie w Chicago mam bardzo łatwy dostęp do wydania papierowego, bo mogę je kupić w pobliskim sklepie spożywczym, ale jeden egzemplarz kosztuje 5 dolców, więc matematyka jest prosta. I czasem zanim się obejrzę wszystkie egzemplarze są wykupione. Wprawdzie nadal lubię fizycznie wziąć do ręki magazyn, no ale w tym przypadku nie będę się chyba długo zastanawiać. Jeszcze jakby "Twój Styl" zrobili w podobnym formacie, to byłoby super. W Chicago jeden numer kosztuje $10 no i sorry Winnetou, ale to jest przegięcie. Myślę, że niedługo coraz więcej magazynów i dzienników zacznie kasować za dostęp do swoich treści w internecie. Skoro czytelnictwo papierowych wydań od lat leci na łeb na szyję, będzie logiczną konsekwencją, aby za wydanie online pobierać opłaty. Sama widzę po sobie. Nie kupuję ani "Chicago Tribune" ani "Sun Timesa", a czytam je codziennie. I chyba dojrzałam w końcu do Kindle. Podchodzę do takich nowinek jak pies do jeża, no ale Kindle to już daaawno żadna nowinka. Po tym, jak przeczytałam pierwszy rozdział "The Hunger Games" na urzadzeniu szwagierki, stwierdziłam, że chyba czytałabym więcej, gdybym miała tak łatwy dostęp do książek. I nie musiałabym targać trzech tomów wspomnianej wyżej trylogii do Polski (bo kupiłam tradycyjne wydanie). Która to trylogia jest chyba dla czytelników ze 20 lat młodszych ode mnie. Jeszcze pierwszy tom dał się przeczytać, ale dwa pozostałe były słabiutkie. Teraz na tapecie książka Wałęsowej.
czwartek, 10 maja 2012
Różności
Trudno uwierzyć, że już więcej za mną niż przede mną i że za 4 tygodnie trzeba będzie zwijać żagle. A tak mi się ostatnio tu dobrze zrobiło w Sokołowie, że nawet niespecjalnie chce mi się jeździć do Warszawy. To chyba głównie dlatego, że chciawszy niechciawszy muszę zabierać ze sobą Antu (ciągle karmionego piersią) i jak pomyślę o wszystkich gratach, które ze sobą muszę ciągnąć, to mi się odechciewa. W Sokołowie znalazłam dla Zosi bardzo fajne przedszkole, do którego chodzi dwa razy w tygodniu. Przedszkole jest o niebo ładniejsze niż wszystkie tego typu placówki, jakie zwiedziłam w Chicago, gdy szukałam czegoś dla niej. Kolorowe, przestronne, nowe i z miłymi paniami. No i ta cena. Miesiąc kosztuje 350 złotych. Ja płacę za godziny, więc wychodzi mi 40 złotych na dzień. Za dzień w Chicago płacę 40 dolców. Nóż się w kieszeni otwiera. No cóż, po powrocie trzeba będzie płacić i płakać. Do tego sokołowski basen. Zaczęłam chodzić w połowie kwietnia. To był mój pierwszy raz na basenie od urodzenia Antu i myślałam, że będę umierać następnego dnia. Ale nie. Gnaty mnie lekko bolały, ale tak przyjemnie. Bardzo lubię taki ból po wysiłku fizycznym. Na basenie zobaczyłam nauczyciela wuefu ze swojej podstawówki, który uczył pływać jakieś dwie laski. Zapisałam się więc do pana od wuefu na lekcje stylu dowolnego, bo jakoś nigdy nie miałam okazji się nauczyć. Żabka mi się ostatnio trochę przejadła. Pływanie, choć świetne jest w sumie nudne. Zawsze marzyło mi się urządzenie do słuchania muzyki pod wodą. I voila, prośby zostały wysłuchane. Chyba skuszę się na wodoodporne pudełko na iPoda Shuffle. Ale to juz po powrocie do Chicago. Na razie mam jedyną chyba szansę, żeby się nauczyć kraula. W Chicago byłoby trudniej, bo i mniej czasu i nie ma dziadków. A tutaj tanio jak barszcz (40 złotych za godzinę). A mówią, że Ameryka jest tania. Chyba następnym razem muszę przylecieć do Polski zimą i jechać w góry, żeby w końcu nauczyć się porządnie jeździć na nartach. Na pewno będzie taniej niż w Stanach. Znalazłam też lepsze lody niż te, które jadłam w dzieciństwie. Normalnie pycha. Każde wyjście do miasta kończy się więc wypadem na lody. No pięknie w tym Sokołowie, nie ma co. ******* Od 2010 każdego roku, gdy jesteśmy w Polsce na działkę rodziców przychodzi człowiek z koniem, żeby zrobić grządki pod warzywa. Zośka oczywiście ma radochę. Tym razem też się załapałyśmy. Koń, a właściwie kobyła, była źrebna. Tłumaczyłam więc Zosi, że to jest mama koń, która będzie miała małego konika. "To tak jak mama, gdy miała Antosia w brzuchu." - mówię jej. Po jakimś czasie, dziadek pyta się Zosi, kogo mama koń ma brzuchu. A Zosia na to: "Antosia". ****** Antoś zaczął niedawno raczkować. Oj, będzie z nim bal w samolocie. Nadal śpi w kratkę, ale zdarza mu się dospać do rana. Ma już 4 zęby. Zosia rozgadała się na całego i buzia jej się nie zamyka. Codziennie robi z dziadkiem obchód ogrodu, zbierając ślimaki, kamyki, patyki i obserwując biedronki, pająki i inną florę i faunę. Przez kilka dni pod koniec kwietnia było tak ciepło, że rozstawiliśmy basen dla dzieci. Antu zaliczył swój pierwszy raz w wodzie i od razu mu się spodobało, co nie było zaskoczeniem, bo uwielbia, gdy siedzi w wannie. ****** Za dwa tygodnie przylatuje tata i mąż, więc mam nadzieję, że uda nam się wyrwać kilka razy na jakąś kolację i pozwiedzać sokołowskie restauracje, które pewnie można zliczyć na palcach jednej ręki, no ale na bezrybiu i rak ryba. Może i do stolicy się wybierzemy. Na razie byczymy się na wsi.
wtorek, 27 marca 2012
Ufff
Nie dostałam zawału przy pakowaniu, chociaż musiałam dokonać łamiących serce wyborów (kolejne buty dla siebie czy książki dla dziecka), żeby zmieścić cały majdan w trzech walizkach (a miałam nadzieję, że uda się polecieć z dwoma). Chociaż swoją drogą to zauważam, że wraz z przyrostem naturalnym w rodzinie ilość walizek rośnie odwrotnie proporcjonalnie, bo pamiętam czasy, gdy latałam do Polski sama z dwoma wielkimi walizami, a teraz zabrałam się z dzieciakami w dwie duże i jedną małą. Na lotnisku w Chicago zaczęło się źle. Poprzednie dwa razy, gdy leciałam do Polski hazbend dostawał od obsługi LOT-u na O'Hare wejściówkę, dzięki której przechodził ze mną przez bramki i zostawał aż do momentu, gdy wchodziłam do samolotu. Chyba nie muszę mówić, jak wielkie to było ułatwienie. Tym razem wejściówki nam odmówiono. Podobno zmieniły się przepisy. Nawet nie próbowałam dociekać dlaczego, bo pewnie wytarliby sobie gębę jakimiś bzdurami o bezpieczeństwie i innymi farmazonami. Powiedzieć, że byłam zła to mało. Byłam załamana. Na szczęście w przejściu przez bramki pomógł mi bardzo miły młodzian z obsługi lotniskowej. Nie czekałam w kolejce, przeszliśmy wejściem dla pilotów i stewardes. Chłopak wyłożył bagaż podręczny na taśmę, a ja tylko musiałam zająć się dziećmi. W rękawie pomógł mi z wózkiem. Potem też było nie za dobrze. Wylot się opóźnił z powodu zapchanych toalet w samolocie. Antu zaczął odstawiać swoje typowe wieczorne wrzaski, a oni nadal w cholerę naprawiali te toalety. Wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Da się przeżyć. Już w samolocie poprosiłam o możliwość zmiany miejsca na takie, gdzie można zamontować łóżeczko dla Antu. Oczywiście takiej możliwości nie było, bo ten model Boeinga ma ograniczoną ilość takich łóżeczek i wszystkie były zajęte. Trudno, nie przeskoczę, ale ręce mi opadły. No ale stewardesa uśmiechnęła się do pana, ktory siedział po drugiej stronie przejścia i poprosiła go, aby się przesiadł w inne miejsce. Tym sposobem miałam dla siebie i dzieci 3 miejsca, co w sumie okazało się lepsze niż to łóżeczko. No proszę państwa, lot z dwójką dzieci to nie przelewki. Przeżyłam, ale co przeszłam, to tylko ja wiem. Nigdy więcej nie polecę sama z dwójką tak małych dzieci. Oczywiście, tych "nigdy więcej" było już kilka - nie polecę w ciąży, nie polecę drugi raz sama z Zosią i nie polecę sama z dwójką dzieci. Ale ten lot dał mi w kość, psychicznie i fizycznie i myślę, że jeśli zdecyduję się po raz kolejny raz, to tylko jeśli dzieci będę miały swoje miejsca i będą większe. Oka nie zmrużyłam przez całą noc, więc po przylocie byłam wykończona. Jakby mało mi było atrakcji, to mój wózek przyniesiono do rękawa jako ostatni. Czekałam na niego tak długo, że przede mną pokład opuścili wszyscy pasażerowie i kapitan. Rozumiem, że obsługa naziemna zajęła się w pierwszej kolejności osobami starszymi i niepełnosprawnymi, których leciało naprawdę sporo, no ale skoro przy wchodzeniu do samolotu osoby niepełnosprawne i rodziny z dziećmi mają pierwszeństwo, to nie bardzo rozumiem dlaczego przy wychodzeniu rodziny czekające na wózki zostały potraktowane po macoszemu i wszyscy czekali na nie bardzo długo. No i ta nonszalancja. Stoi tych z obsługi chyba z dziesięć osób, śmieją się, gadają o tym, jak to się upijają, obok matki z dziecmi, 3/4 pasażerów już wyszło, a żaden nie ruszy tyłka, żeby sprawdzić co z tymi wózkami. Pewnie powinnam się cieszyć, że w ogóle mam wózek w rękawie, bo niektóre linie dostarczają je na taśmę z innymi bagażami (no to już jest dla mnie poniżej pasa). Do pomocy z walizkami znalazł się szybko pan z obsługi, więc przynajmniej tu się nie denerwowałam. A w Polsce wieje jak w Chicago. Do tego raczej nie za ciepło, więc po ostatnich upałach w Windy City (o czym może przy innej okazji) przeżywam szok termiczny. Drzewa łyse, rośliny dopiero co wyłażą spod ziemi, ludzie w kurtkach i zimowych butach. No ale starsze dziecko przeszczęśliwe u dziadków, młodsze wprawdzie chyba nie wie, co się dzieje i gdzie jest, ale zdaje się, że go to mało obchodzi, a mama opycha się domową szarlotką i czeka na święta. Z pasztetem w roli głównej, oczywiście. I może tym razem bez wypadków na torowiskach.
niedziela, 11 marca 2012
Jak Feniks z popiołów
Męczyliście, męczyliście i wymęczyliście nowy wpis, prawie po roku jak słusznie zauważyła Ola w komentarzu pod ostatnim wpisem. Piszę więc sprawozdanie z tego, co się przez ostatni rok zdarzyło i co z tego pamiętam. Maj-czerwiec 2011: W Polsce, z brzuchem i Zosią. Tym razem, mimo ciąży, czuję się jak na wakacjach. Zośkę zostawiam na weekendy z dziadkami, a sama zażywam błogiego wypoczyku w Warszawie w mieszkaniu brata i bratowej Eweliny, racząc się lodami (no bo piwem i winem nie mogę), spaniem do dziesiątej rano i spotkaniami ze znajomymi blogowymi i nieblogowymi. Jak mi przypomniała Tranikowa w komentarzu (nie, nie staram się zapomnieć) udało mi się z Zośką odwiedzić ja w Stavanger. Padało po norwesku, Marit Bjoergen nie spotkałam, łosoś był przepyszny. Kolejny raz planuję, kiedy żadna z nas nie będzie w ciąży albo karmiąca, żebyśmy w końcu mogły się razem napić wina. Na ostatnie dwa tygodnie w Polsce przyjeżdża hazbend i zupełnie na wariackich papierach organizujemy weekend we dwoje w Trójmieście. Zośka ponownie z dziadkami, a my wdychamy jod i łazimy po Mariackiej w Gdańsku, Monciaku w Sopocie i Skwerze Kościuszki w Gdyni. Pogoda była wprawdzie beznadziejna, a mi trochę dawały się we znaki hormony ciążowe, ale za to dzięki wyczulonemu zmysłowi powonienia byłam w stanie wyczuć z 200 metrów gofry i dotrzeć do miejsca sprzedaży wiedziona jedynie własnym nosem (ah, co to były za gofry...). W drodze do i z Gdańska mieliśmy okazję zobaczyć oblicze polskich kolei od najlepszej strony (pociąg nówka z klimą i kosmicznymi toaletami), jak i najgorszej, gdy w drodze powrotnej okazało się, że najprawdopodobniej będziemy stać 7 godzin na korytarzu albo w śmierdzącej łazience (w końcu nie staliśmy tylko dlatego, że byłam w ciąży). Osiem tygodni w Polsce to zdecydowanie za krótko. Na lotnisku łzawe pożegania, no bo wiadomo, że za rok z dwójką dzieci nie polecę. Lipiec-sierpień 2011: Kilka dni po przyjezdzie wkładając Zosię do felika w samochodzie uszkodziłam sobie jeden z mięśni pleców. Po tygodniu na prochach przeciwbólowych hazbend wysłał mnie na fizykoterapię, którą kontynuowałam do ostatnich dni w ciąży plus dwa zestawy ćwiczeń dziennie w domu. Letnie spacerki z Zosią do parku zostały zastąpione jazdą samochodem, bo więcej niż 4 przecznice nie dałam rady przejść. Lato było gorące, więc było znowu dużo lodów i jeszcze więcej żeberek z grilla (nie samymi lodami kobieta w ciąży żyje). Plan odpieluchowania Zosi przed urodzeniem młodego/młodej nie dochodzi do skutku (do tematu jeszcze wrócę). Wrzesień 2011: W połowie miesiąca przyjechała ciocia Ewelina i mimo bólu pleców życie od razu nabrało kolorów. Nie ma jak mieć przyjaciółkę w domu i razem malować sobie paznokcie albo pić kawkę w ogrodzie. Tydzień przed porodem udaje mi się nawet zabrać ciotkę do centrum i połazić po Millennium Parku, a także pojeździć turystycznym piętrusem. Podczas przerwy na soczek w barze na 96. piętrze Johna Hancocka zaskakuje nas alarm przeciwpożarowy. Było nerwowo, ale nie urodziłam z wrażenia. Dwudziestego trzeciego września (piątek) mówię mojej fizykoterapeutce, że nie umawiam się na następny tydzień, bo wiem, że urodzę w weekend. W tenże sam piątek wyciągam męża do kina na "Drive" (ah, ten Ryan - po co ja męża zabrałam?) i oglądam z próbnymi skurczami, które nawet nieźle dały mi popalić. Młody/a nie spieszy się jednak i daje fałszywe sygnały całą sobotę, aby w końcu ruszyć z kopyta w sobotę wieczorem i po ośmiu godzinach od pierwszych, prawdziwych bóli i pięciu minutach parcia w końcu rodzi się rankiem 25 września, 4 dni przed terminem. Anthony Stefan, zwany przez Zosię baby Antu, mierzy 7 lb 2 oz (3245 g) i 21 cali (53 cm). Październik 2011: Jesień rozpieszcza nas piękną pogodą i choć ledwo patrzę na oczy, mam czas na kawę z ciotką, a nawet jakieś zakupy. W poniedziałki oglądamy "Dancing with the Stars" (jakaś rozrywka mi się należy, nie?) Wszystko dobre, co się szybko kończy i z końcem miesiąca ciocia Ewelina wyjeżdża do Polski, a my zaczynamy odliczać dni do przylotu babci pod koniec listopada. Listopad 2011: Babcia wybiera sobie na przylot jeden z najbardziej wietrznych dni, jakie pamiętam. Tak wiało, że wiatr otworzył nam drzwi sztormowe, trzasnął nimi o balustradę i połamał szybę. Przez 3 tygodnie dom wyglądaliśmy jak dziady z połową drzwi zabitych dyktą (przy dwójce dzieci to, co dałoby się naprawić w 3 dni, zajmuje 3 tygodnie). Motywuje nas przyjazd teściowej na Boże Narodzenie. Grudzień 2011: Babcia dostaje za zadanie odpieluchować Zosię. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Rzucamy się więc na głęboką wodę i puszczamy Zośkę w samych majtkach po domu. Mąż naiwnie wierzy, że dziecko samo zawoła, jak będzie chciało sisi albo kupę. Po sześciu wypadkach przy pracy pierwszego dnia, dzwonię do hazbenda na pograniczu załamania nerwowego, że niech ona sobie z tą pieluchą chodzi do końca świata i jeden dzień dłużej, bo ani ja ani babcia więcej nie zdzierżymy. Na drugi dzień są już tylko 2 wypadki, po tygodniu są postępy w wołaniu, a po dwóch jest sukces. Na święta Zośka jest odpieluchowana. Zostaje tylko pielucha na noc. Boże Narodzenie spędzamy z teściami, Sylwestra w domu z babcią zajadając się sushi zrobionym przez hazbenda. Styczeń 2012: Antu zaczyna spać jak człowiek, a ja wracam do kina (patrz Bez popcornu) i nadrabiam zaległości z pierwszych miesięcy po porodzie. Babcia wraca do Polski w drugiej połowie stycznia, a ja w przypływie emigranckiej dżumy kupuję bilety do Polski dla siebie, Zośki i Antu. Lecimy 22 marca, zostajemy do 7 czerwca, a 25 maja dolatuje do nas hazbend na ostatnie 2 tygodnie. Módlcie się za mnie, jak będę sama lecieć z dwójką dzieci, bo to mogą być najcięższe godziny mojego życia. Cała nadzieja, że dostaniemy kołyskę dla Antu, a Zośce nie wysiądą baterie w dvd. Luty 2012: Smutne wieści z Ohio. Niespodziewanie umiera ojczym Adama. Spędzamy tydzień z teściową po pogrzebie i planujemy kolejną wizytę w marcu. Antu zaczyna spać gorzej (patrz brak aktywności na Bez popcornu) i tak już niestety zostaje - pobudka każdej nocy. Marzec 2012: Weekend w Ohio. W drodze powrotnej rzucało nami jak ulęgałkami w samolocie (nie ma jak ciepłe powitanie w Windy City). Byłam zielona ze strachu, Zośka miała radochę, a Antu był uprzejmy na tyle, że nie zwymiotował. Dzięki, synku. W ostatni piątek dopada mnie "pamiątka" od szwagrów, czyli jakiś syfiasty wirus wymiotno-biegunkowy. Pół piątku w łazience, 3/4 soboty w łóżku. Dziś nadal czuję się jakbym miała kaca. Gdyby nie dwójka dzieci, leżałabym w łożku, oglądała komedie na Netflixie, a mąż donosiłby orientalną zupę hot&sour z pobliskiej knajpy. Mam nadzieję, że na mnie się skończy ten łańcuszek szczęścia. Antu odkąd skończył 5 miesięcy przewraca się z pleców na brzuch. Chyba będzie szybko chodził. Od jakiegoś miesiąca, może półtora mieszczę się w swoje normalne spodnie. Z boków jeszcze ciut za dużo, ale nie jest źle. W ogrodzie przekwitły krokusy (tak, tak, przekwitły), a dziś pojawił sie pierwszy żonkil. Na koniec zdjęcia dzieciaków, bo jak nie dam zaraz będzie "A gdzie zdjęcia?": Antu z wiecznie podrapanym czołem i Zośka striking a pose. No to teraz już wiecie, gdzie byłam, jak mnie nie było.
piątek, 29 kwietnia 2011
Powtórka z rozrywki
Pada od tylu dni, że straciłam rachubę kiedy zaczęło. Normalnie można się pociąć. Ani z dzieckiem wyjść do parku ani połazić po trawie z tyłu domu, bo zimno, mokro i do bani. Normalnie wlewałabym w siebie hektolitry kawy, żeby się jakoś obudzić z tej przedłużonej do granic wytrzymałości zimowej hibernacji, no ale nie za bardzo mi można. Mogę jeden kubek dziennie, żeby się baby nr. 2 za bardzo nie wierciło w brzuchu. Ha! No to w końcu wyłożyłam kawę na ławę, prosto i bez owijania w bawełnę, bo przez ten deszcz nie mam weny na przemycanie tej wiadomości gdzieś między wierszami (na coś zwalać muszę - padło na deszcz). W końcu, bo jestem już (dopiero?) w końcówce 4 miesiąca. Jakby się ktoś pytał dlaczego dopiero teraz o tym piszę, to powiem tak: w lutym i marcu miałam takie mdłości, że pisanie o ciąży było ostatnią rzeczą, jaka mi przychodziła do głowy. Wyrazy współczucia chętnie przyjmę w ilości nieograniczonej w komentarzach. Hazbend dzielnie walczył z moimi mdłościami, humorami i historiami żołądkowymi. Jakby mógł z pracy zdalnie kłaść Zosię spać w południe i dawać jej jeść, to też by to robił. Gotował, robił zakupy, zajmował się dzieckiem, a mama umierała na kanapie. O ile wydawało mi się, że w ciąży z Zosią było nieciekawie, to młody/a nr. 2 naprawdę dał(a) mi w kość. Młody(a) pozostanie płci nieznanej do dnia narodzin, które według kalendarza wypadają 29 września. Mam oczywiście nadzieję, że dziecko się zlituje i zdecyduje się opuścić swoje pielesze wcześniej, podobnie jak jego siostra, która pospieszyła się o 6 dni (alleluja). Imion na razie żadnych nie wymyślamy, więc jak ktoś ma pomysły na imiona obu płci pasujące do Ani, Adama i Zosi, to proszę pisać. No i co jeszcze. Wielkanoc spędziliśmy u teściów, też deszczowo, choć cieplej niż w Chicago. Do kilogramów ciążowych dodałam parę z cupcaków, ciast i lodów jedzonych o 10 wieczorem, no ale jak nie teraz, to kiedy? Po drodze dokonałam epokowego odkrycia, że po cholerę nam te sufrażystki, palenie staników, pigułki antykoncepcyjne i feminizm, skoro w żadnej męskiej łazience na żadnym z postojów w service plazas albo rest areas nie ma przewijaka, żeby ojciec mógł zmienić dziecku pieluchę. I nie piszę tego, żeby ukradkiem ponarzekać na niezmieniającego pieluchy męża, który je zmienia bez problemu, ale dlatego, że jak widać od pieluch to nadal jesteśmy my, kobiety. No a poza tym to za nieco ponad dwa tygodnie frunę z Zośką do Polski na półtora miesiąca. A z Polski na weekend do Norwegii odwiedzić Tranikową i jej przychówek. I na deser tym razem doleci do nas mąż i tata pod koniec naszego pobytu w kraju-raju, po czym w trójkę wrócimy tutaj (ceny biletów zdążyłam chyba już odchorować). A potem całe piękne, gorące lato w Chicago. Brzuch i ja. PS. Aha, na Facebooku nie ogłaszam na razie, więc proszę nie piszcie nic na moim profilu, że wiecie. Dzięki.
piątek, 08 kwietnia 2011
Nieaktywne konto na Facebooku
Nie wiem kto, co, jak, gdzie i kiedy, ale dziś w południe okazało się, że z jakiegoś powodu Facebook zdeaktywował moje konto. Wkurzyłam się na maksa, bo niby z jakiego ja sie pytam powodu, hę? Z tego, co szybko wyczytałam powodem mogą być jakieś obraźliwe treści, jakie niby zamieściłam, za dużo przyjaciół dodawanych za szybko (no ludzie, co ja jestem z podstawówki, czy co?), za dużo wcięcie w biuście na zdjęciu (taaaa...), nieprawdziwe imię i nazwisko, spamowanie i podobne bzdury. Nic takiego sobie nie przypominam. Czy ktoś z moich znajomych może sprobować wejść na mój profil i zobaczyć, czy jest tam coś podejrzanego? Czy w ogóle da się na profil wejść? Nie skontaktowałam się jeszcze z Facebookiem i szczerze mowiąc to jestem wkurzona, że pewnie będę musiała wysyłać 10 maili, żeby mi łaskawie odblokowali konto. Jak nie odblokują, to sayonara, nowego zakładać nie będę.
środa, 06 kwietnia 2011
Zosia samosia
Może by tak parę słów o dziecku, bo jakoś dawno nic o niej nie pisałam. Zosia uwielbia wozy strażackie, samoloty i autobusy. Ponieważ straż pożarna jest 3 przecznice od domu, wóz jeździ po ulicy kilka razy na dzień. W nielicznym słownictwie Zosi "łuuu-łu-łu", czyli dźwięk straży pożarnej był jednym z pierwszych słów. Zosia miała wczoraj swój przysłowiowy Dzień Dziecka, gdyż dwa razy była oglądać z bliska wóz strażacki. Wczoraj odbywały się w Chicago uzupełniające wybory samorządowe, a mój lokal wyborczy mieści się w pobliskiej stacji straży pożarnej. Na pytanie "Zosia, chcesz zobaczyć, gdzie mieszka wóz strażacki", Zośka błyskawicznie pobiegła po swoje buty i kurtkę. Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Poszłyśmy więc oglądać wóz strażacki, który w takich dniach nie parkuje w garażu, ale stoi na ulicy. Samochód był "taaaaaki duży!".
Był lśniący, czerwony i wart dziesięciu "wow-wow-wow".
Po południu głosować poszedł hazbend, a Zośka miała drugie spotkanie bliskiego stopnia z wozem strażackim. Ciekawe, czy gdzieś w Chicago są organizowane drzwi otwarte w ktorejś ze stacji straży. To by mała miała używanie, jakby zobaczyła z 5 wozów na raz. Samoloty - druga miłość. Obserwuje z okna, bo lotnisko jest niedaleko i samoloty schodzą do lądowania na wprost naszego pokoju dziennego. Niemal każdy jest oczywiście "taaaaaki duży". Autobusy szkolne rozpoznaje po dźwięku silnika i gdy spacerujemy po okolicy po 3 po południu, gdy autobusy zabierają dzieci ze szkół, wie, że autobus jedzie zanim go zobaczy. Lubi też autobusy miejskie i tata czasem zabiera ją na przejażdżkę, ot, tak po prostu. Nadal kocha psy i jakby mogła, to wyściskałaby i obśliniła każdego spotkanego czworonoga. Uwielbia nowe ubrania (w szczególności jak mają np. psa z przodu). Ubrana w nową bluzkę, czy sukienkę pędem biegnie oglądać się w dużym lustrze w mojej sypialni. Lubi też korale, więc kupiłam jej zestaw 6 naszyjników żywcem jak z Mardi Gras, które zakłada jak tylko otworzy oczy i wyjmę ją z łóżka. Ostatnio dodałyśmy do kolekcji gadżetów torebkę (obejrzaną naturalnie w lustrze). Nie lubi natomiast spinek i kokardek we włosach, czego nie mogę przeboleć, bo wygląda ślicznie ze spiętymi włosami. Hazbend zawsze twierdził, że nie ma jak dać dziecku coś ważnego (z punktu widzenia dziecka) do zrobienia wokół domu. Od jakiegoś czasu Zosia sama wyrzuca swoje pieluchy do kosza. Zużytą pieluchę, nieekologicznie zawiniętą w przezroczystą torebkę na warzywa, dumnie niesie do kosza w kuchni, a gdy otworzę klapę, wrzuca zamaszystym ruchem. Jedną z największych atrakcji są cotygodniowe niedzielne zakupy w supermarkecie. Z reguły staramy się tam jeździć około 9 rano, gdy nie ma jeszcze dużo ludzi. Zosia ma wtedy okazję pchać sklepowy wózek i pakować ziemniaki i pieczarki do torby. Zna sklep już tak dobrze, że wie, gdzie jest mleko, jajka i ulubione winogrona. W sklepie zaliczamy obowiązkową wizytę przy kurczakach z rożna, gdzie dziecko stoi i gapi się zafascynowane na pieczony drób. Po powrocie do domu Zośka rzuca się do rozpakowywania zakupów. Stawiamy siaty przy drzwiach i dajemy jej co lżejsze rzeczy, aby zaniosła do kuchni. To poczucie misji w jej oczach! Ten wiatr we włosach, gdy pędzi z kuchni po więcej! Oby jej to zaangażowanie zostało na przyszłość. Została też nieświadomie uświadomiona ekologicznie i ktoregoś dani zaskoczyła mnie, gdy zaniosła starą gazetę do kosza na papier. Została więc specjalistą od recycklingu i zajmuje się junk mail. Kilka dni temu przeszła samą siebie. Wrociłyśmy ze spaceru. Siadłam sobie na fotelu, żeby zdjąć buty, patrzę, a moje dziecko niesie mi japonki, w których chodzę po domu. No, jak jeszcze przyniesie mi szklankę wody, to jestem ustawiona na starość.
piątek, 01 kwietnia 2011
Co robimy w ciągu dnia
Pamiętam, że gdy w sierpniu ubiegłego roku wróciłam z Polski byłam trochę załamana, że w mojej okolicy nie ma zbyt wielu placówek oferujących programy dla dzieci w wieku Zosi. Wizja spędzania całych bożych dni w domu z Zosią, (zwłaszcza w perspektywie jesieni i zimy) średnio mi się podobała, bo raz, że ja dostałabym kota bez kontaktu z innymi, a dwa, że dziecko też potrzebuje zobaczyć, że są inni ludzie na tym świecie. Oczywiście, w Chicago nie brakuje rozrywkowych miejsc dla dzieci. Są place zabaw pod dachem, sale gimnastyczne dla maluchów, kawiarnie z miejscem do zabawy i tego typu atrakcje. Problem w tym, że większość takich miejsc znajduje się albo dość daleko ode mnie albo liczą sobie całkiem niezłe pieniądze za uczestnictwo. Mi zależało na czymś niedrogim i w okolicy. Jak się okazało, znalazło się parę miejsc, gdzie za darmo lub za niewielkie pieniędze można zabrać dziecko w ciągu dnia. Przede wszystkim - biblioteki. W sąsiedztwie są dwie, które oferują tzw. story time, czyli czytanie książek dla najmłodszych. Jedna z nich ma program połączony z piosenkami, rymowankami i interkatywnymi mini-zabawami dla dzieci i rodziców. Na koniec bibliotekarka wyciąga wielką pluchową kaczuchę, koszyk z zabawkami i dzieci bawią się przez 15 minut. Program drugiej biblioteki jest przeznaczony dla większych dzieci i obejmuje tylko czytanie książek. Niby śpiewają jakąś tam piosenkę i maszerują wokół sali, ale jak Zosia miała ledwo ponad rok, to mało ją to interesowało. Nasza ulubiona biblioteka jest nieco dalej (10 minut autem), ale story time jest w niej najlepszy, więc chodzimy tam co tydzień od jesieni zeszłego roku. Każda z bibliotek oferuje swój program innego dnia, więc na upartego 3 poranki w tygodniu można mieć z głowy. Kolejna darmowa opcja to lokalne kościoły, a dokładnie przykościelne szkoły podstawowe . Sama w życiu bym nie wpadła, żeby tam szukać, ale koleżanka powiedziała mi, że w jej okolicy jedna ze szkół organizuje cotygodniowe spotkania dla dzieci. Poszperałam w sieci, podzwoniłam i znalazłam dwie szkoły, które mają coś takiego w swoim planie. Jedna ze szkół prowadzi 40-minutowe zajęcia muzyczne dla maluchów, a druga udostępnia na półtorej godziny salę gimnastyczną, gdzie dzieci biegają do woli, bawią piłkami, hula hop i zabawkami. Dopóki nie znalazłam programów w parkach, każdego tygodnia chodziłyśmy na zmianę do jednej ze szkół i do bibliotek. Chicagowskie parki są naprawdę fajnym miejscem dla dzieci, ponieważ nie tylko mają bardzo dużą ofertę, ale także cenowo są nie do pobicia. Semestr zajęć raz albo dwa razy w tygodniu (zależy od parku), czyli 10 tygodni kosztuje przeciętnie 30 dolarów. Zosia obecnie chodzi na parkowe zajęcia 4 razy w tygodniu. Wtorki i czwartki są naszymi ulubionymi, bo i program jest bardzo fajny. Dzieci nie tylko bawią się zabawkami przez półtorej godziny, ale spędzają czas przy tzw. art projects. Projekty są różne - lepienia plasteliny, rysowanie kredkami i malowanie farbami, wycinanki, po bardziej zaawansowane projekty typu klejenie kapelusza na dzień św. Partyka, czy naszyjnik. Z tymi ostatnimi Zosia sobie jeszcze nie radzi, więc to ja wycinam, wklejam, nawlekam i spinam. Po części artystycznej maluchy dostają piłki i biegają z nimi po sali. Potem są hula hop, a na koniec wszyscy siadamy i śpiewamy "Wheels on the Bus", "ABCs" i inne tradycyjne amerykańskie piosenki dla dzieci. W środy i piątki chodzimy na zajęcia do innego z parków, gdzie w sali gimnastycznej znajdują się gromada większych zabawek: samochodów, rowerków, mini zjeżdżalni i koni na biegunach. Ten program jest bardziej monotonny niż zajęcia z wtorku i czwartku i przydałby się jakiś art project w międzyczasie. Na szczęście, ostatnio przyuważyłam, że naprzeciw sali gimnastycznej jest druga, gdzie odbywają się zajęcia gimnastyczne dla dzieci w wieku Zosi i myślę, że latem zapiszę ja właśnie na ten program. Latem oferta parków dla dzieci jak Zosia nieco kuleje, gdyż większość z nich organizuje kolonie i obozy dla dzieci w wieku szkolnym. Ceny są bardzo konkurencyjne (około $200 za pół dnia 4-5 razy w tygodniu przez 10 tygodni), więc w najbliższy poniedziałek, gdy o 9 rano online otwiera się letnia rejestracja rodzice zaczynają walkę na noże, aby zarejestrowac swoje dzieci. Obozy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i założę się, że o 9:05 wszystkie miejsca są zajęte. Podobnie zresztą jest przy rejestrowaniu zajęć Zosi. Wolne miejsca sprzedają się błyskawicznie. W poniedziałek mogą się wyprzedać jeszcze szybciej niż zwykle, bo programów jest mniej, więc hazbend będzie czatował przed kompem o 9 rano i próbował nas zarejestrować na to, co się da (w końcu jako geek klika szybciej niż ja).
środa, 30 marca 2011
Pół roku bez internetu
Artykuł o tym, że Susan Maushart, samotna matka trójki nastoletnich dzieci odłączyła ich na pół roku od internetu, komórek, iPodów i iPhonów, Wyborcza opatrzyła podtytułem "Drastyczny eksperyment". No chyba trochę przesadzili z tą drastycznością, mimo iż dobrowolne odcięcie od internetu wydaje się w dzisiejszych czasach dość radykalnym posunięciem. Tzn. było to dobrowolne w przypadku Susan, a już znacznie mniej dla jej dzieci, które mogły korzystać z komputera tylko w szkole i u znajomych. Dlaczego to zrobiła? Stwierdziła, że wszyscy - i ona i dzieci - były uzależnione od internetu, komórek i wszelakich elektronicznych gadżetów. Opisała sytuację, gdy każdy zamykał się w swoim pokoju ze swoimi zabawkami i tylko dźwięk przychodzących esemesów potwierdzał, że w domu są żywi ludzie. Postanowiła więc z tym skończyć. Zaczęła - tu się zgodzę - drastycznie od pozbawienia rodziny elektryczności na dwa tygodnie, a następnie przez pół roku zbanowała w domu internet i powiązane z nim gadżety. No muszę przyznać, że pomysł był hard core. To tak jakby cofnąć się o dobre 10 lat. Korzystam z internetu codziennie i na dłuższą metę nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ostatni raz, gdy byłam przez tydzień bez żadnej możliwości sprawdzania maili czy czytania o tym, co się dzieje na świecie, zdarzył się w 2008 r., gdy byłam na wakacjach na Jamajce. I wcale mi go nie brakowało, wręcz przeciwnie. No ale tydzień to nie 6 miesięcy. Nie wiem, czy jestem uzależniona. Nie sprawdzam poczty, gdy tylko otworzę oczy, ale otwieram laptopa, gdy jem śniadanie. Laptop jest otwarty generalnie cały dzień, więc z reguły czytam gazety oraz nową pocztę i sprawdzam FB. Gdy kilka tygodni temu miałam problem z netem przez 3 dni i jedyne, co działało to poczta, nie przeżywałam tortur i nie zawiadomiłam wszystkich wokoło, że nie mam internetu. Spokojnie przeczytałam książkę w 3 wieczory. Nie mam smart-phone, a staroświeckiego dumb-phone'a bez możliwości odbierania maili. Zresztą, z komórki byłoby mi łatwo zrezygnować i ostatnio się zastanawiałam, czy ona w ogóle jest mi potrzebna. Nie mam planu, czy też kontraktu z żadnym operatorem, używam pre-paida, bo nie mam zwyczaju gadać przez komórkę przez pół godziny. Od tego mam telefon domowy, ale w zasadzie jest to telefon przez internet (Voice over IP). W styczniu pozbyliśmy się kablówki. Czy sprawdzanie poczty po 5 razy i korzystanie z internetu codziennie, to nałóg, czy standard, jak kiedyś czytanie gazety oraz oglądanie "Dziennika" o 19:30? Skłaniałabym się ku czemuś w rodzaju społecznie usankcjonowanego nałogu tego stulecia.
środa, 23 marca 2011
Dżarek Łysaki, czyli jak polubiłam Jarka
Przysięgam z ręką na sercu, że nie miałam zamiaru ponownie robić tak długiej przerwy. No tak wyszło, o czym może kiedy indziej. Wpis o Dżarku chodzi za mną już od dawna, a dzisiaj pani Tranikowa podstępnie połechtała moją ambicję na Facebooku, mówiąc, że lubi ludzi z Chicago, czyli mnie i Dżarka. Ah, starym znajomym się nie odmawia, więc mówisz Tranikowa i masz. Dziś będzie o nowym hero z Chicago, czyli Dżarku Łysakim. Fox wystartował parę tygodni temu z nowym serialem "The Chicago Code". Wcześniej widziałam artykuł w Tribune, że Polish cop jest głównym bohaterem. No i to właśnie jest nasz Dżarek Łysaki: niepokorny i niestandardowy glina z Chicago. Ulepiony z polskiej gliny, ma się rozumieć, stąd to bardzo polskie imię i nazwisko*. Dżarek to chicagowski twardziel o gołębim sercu, który oczywiście prędzej umrze niż to okaże. Do tego niezły babiarz - zaręczony z młodszą o kilkanaście lat dziewczyną, a na boku bzykający się z byłą żoną. No bardzo nie po polsku i katolicku, proszę pana. Oprócz skomplikowanego życia prywatnego, Dżarek ma też skomplikowane życie jako policjant, gdyż pracuje dla bardzo atrakcyjnej pani nadkomisarz (czekam oczywiście, czy coś z tego będzie), niejako poza nadzorem innym policjantów. Nadkomisarz Teresa Colvin chce bowiem przygwoździć jednego z chicagowskich radnych, skorumpowanego Gibbonsa i do tego potrzebuje swojego dawnego kolegi z patrolu, czyli naszego polskiego bohatera. No i wokół tego oraz wokół typowej policyjnej roboty kręci się serial. Kręci się całkiem nieźle. Na początku myślałam, że jak cały serial będzie tylko wokół Gibbonsa, to będzie nuda, no bo ile można rozpracowywać szemranego polityka. No ale okazało się, że w akcję wpleciono inne wątki i "The Chicago Code" ogląda się bardzo fajnie. Dla kogoś z Chicago lub znającego miasto są piękne widoki z centrum, mniej piękne z mniej okazałych dzielnic, zawsze dobre chicagowskie hot dogi oraz specjalność Wietrznego Miasta, czyli korupcja, mafie i lewe interesy, słowem welcome home. Dżarek, grany przez rodowitego Australijczyka, wygląda jakby urodził się na Jackowie, choć z tego, co pamiętam w serialu urodził się chyba na Saucie w Chicago, cytując rodzimego artystę. Ba, raz nawet poszedł do jakiegoś kościoła w południowej stronie miasta. Polską chłop ma gębę, nie sądzicie?
Wprawdzie jak mu nie obetną tych kędzierzawych loków w następnych odcinkach, to nie wyrobię, no ale ogólnie chłop wygląda całkiem nieźle. Dżarek ma bratanicę o równie polsko brzmiącym imieniu Vonda, która również pracuje jako glina. Dżarek trochę jej ojcuje, po tym jak jej ojciec, czyli brat Dżarka - także policjant - zginął na służbie. W każdym odcinku Polish hero pakuje się w jakieś kłopoty, a wraz z nim jego młody partner Caleb Evers, po którym Dżarek jeździ za to, że woli Cubsów od Soxów (Dżarek, jak prawdziwy Polak wychowany na południu, kibicuje White Sox). Dżarka najłatwiej spotkać w poniedziałkowy wieczór na Foxie. Można też na stronie Foxa, niezależnie od pory dnia i nocy, ale jak znam życie to tylko ci po tej stronie kałuży mogą go oglądać, bo w Europie pewnie już się nie da. Tzn. pewnie się da, ale nie ze strony Foxa. *Dżarek Łysaki, czyli po naszemu Jarek Wysocki. Bardzo po polsku, prawda? |