|
Archiwum
Zakładki:
Alter ego
Blog Zosi
Chicago i okolice
Po sąsiedzku
Za oceanem
|
piątek, 29 kwietnia 2011
Powtórka z rozrywki
Pada od tylu dni, że straciłam rachubę kiedy zaczęło. Normalnie można się pociąć. Ani z dzieckiem wyjść do parku ani połazić po trawie z tyłu domu, bo zimno, mokro i do bani. Normalnie wlewałabym w siebie hektolitry kawy, żeby się jakoś obudzić z tej przedłużonej do granic wytrzymałości zimowej hibernacji, no ale nie za bardzo mi można. Mogę jeden kubek dziennie, żeby się baby nr. 2 za bardzo nie wierciło w brzuchu. Ha! No to w końcu wyłożyłam kawę na ławę, prosto i bez owijania w bawełnę, bo przez ten deszcz nie mam weny na przemycanie tej wiadomości gdzieś między wierszami (na coś zwalać muszę - padło na deszcz). W końcu, bo jestem już (dopiero?) w końcówce 4 miesiąca. Jakby się ktoś pytał dlaczego dopiero teraz o tym piszę, to powiem tak: w lutym i marcu miałam takie mdłości, że pisanie o ciąży było ostatnią rzeczą, jaka mi przychodziła do głowy. Wyrazy współczucia chętnie przyjmę w ilości nieograniczonej w komentarzach. Hazbend dzielnie walczył z moimi mdłościami, humorami i historiami żołądkowymi. Jakby mógł z pracy zdalnie kłaść Zosię spać w południe i dawać jej jeść, to też by to robił. Gotował, robił zakupy, zajmował się dzieckiem, a mama umierała na kanapie. O ile wydawało mi się, że w ciąży z Zosią było nieciekawie, to młody/a nr. 2 naprawdę dał(a) mi w kość. Młody(a) pozostanie płci nieznanej do dnia narodzin, które według kalendarza wypadają 29 września. Mam oczywiście nadzieję, że dziecko się zlituje i zdecyduje się opuścić swoje pielesze wcześniej, podobnie jak jego siostra, która pospieszyła się o 6 dni (alleluja). Imion na razie żadnych nie wymyślamy, więc jak ktoś ma pomysły na imiona obu płci pasujące do Ani, Adama i Zosi, to proszę pisać. No i co jeszcze. Wielkanoc spędziliśmy u teściów, też deszczowo, choć cieplej niż w Chicago. Do kilogramów ciążowych dodałam parę z cupcaków, ciast i lodów jedzonych o 10 wieczorem, no ale jak nie teraz, to kiedy? Po drodze dokonałam epokowego odkrycia, że po cholerę nam te sufrażystki, palenie staników, pigułki antykoncepcyjne i feminizm, skoro w żadnej męskiej łazience na żadnym z postojów w service plazas albo rest areas nie ma przewijaka, żeby ojciec mógł zmienić dziecku pieluchę. I nie piszę tego, żeby ukradkiem ponarzekać na niezmieniającego pieluchy męża, który je zmienia bez problemu, ale dlatego, że jak widać od pieluch to nadal jesteśmy my, kobiety. No a poza tym to za nieco ponad dwa tygodnie frunę z Zośką do Polski na półtora miesiąca. A z Polski na weekend do Norwegii odwiedzić Tranikową i jej przychówek. I na deser tym razem doleci do nas mąż i tata pod koniec naszego pobytu w kraju-raju, po czym w trójkę wrócimy tutaj (ceny biletów zdążyłam chyba już odchorować). A potem całe piękne, gorące lato w Chicago. Brzuch i ja. PS. Aha, na Facebooku nie ogłaszam na razie, więc proszę nie piszcie nic na moim profilu, że wiecie. Dzięki.
piątek, 08 kwietnia 2011
Nieaktywne konto na Facebooku
Nie wiem kto, co, jak, gdzie i kiedy, ale dziś w południe okazało się, że z jakiegoś powodu Facebook zdeaktywował moje konto. Wkurzyłam się na maksa, bo niby z jakiego ja sie pytam powodu, hę? Z tego, co szybko wyczytałam powodem mogą być jakieś obraźliwe treści, jakie niby zamieściłam, za dużo przyjaciół dodawanych za szybko (no ludzie, co ja jestem z podstawówki, czy co?), za dużo wcięcie w biuście na zdjęciu (taaaa...), nieprawdziwe imię i nazwisko, spamowanie i podobne bzdury. Nic takiego sobie nie przypominam. Czy ktoś z moich znajomych może sprobować wejść na mój profil i zobaczyć, czy jest tam coś podejrzanego? Czy w ogóle da się na profil wejść? Nie skontaktowałam się jeszcze z Facebookiem i szczerze mowiąc to jestem wkurzona, że pewnie będę musiała wysyłać 10 maili, żeby mi łaskawie odblokowali konto. Jak nie odblokują, to sayonara, nowego zakładać nie będę.
środa, 06 kwietnia 2011
Zosia samosia
Może by tak parę słów o dziecku, bo jakoś dawno nic o niej nie pisałam. Zosia uwielbia wozy strażackie, samoloty i autobusy. Ponieważ straż pożarna jest 3 przecznice od domu, wóz jeździ po ulicy kilka razy na dzień. W nielicznym słownictwie Zosi "łuuu-łu-łu", czyli dźwięk straży pożarnej był jednym z pierwszych słów. Zosia miała wczoraj swój przysłowiowy Dzień Dziecka, gdyż dwa razy była oglądać z bliska wóz strażacki. Wczoraj odbywały się w Chicago uzupełniające wybory samorządowe, a mój lokal wyborczy mieści się w pobliskiej stacji straży pożarnej. Na pytanie "Zosia, chcesz zobaczyć, gdzie mieszka wóz strażacki", Zośka błyskawicznie pobiegła po swoje buty i kurtkę. Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Poszłyśmy więc oglądać wóz strażacki, który w takich dniach nie parkuje w garażu, ale stoi na ulicy. Samochód był "taaaaaki duży!".
Był lśniący, czerwony i wart dziesięciu "wow-wow-wow".
Po południu głosować poszedł hazbend, a Zośka miała drugie spotkanie bliskiego stopnia z wozem strażackim. Ciekawe, czy gdzieś w Chicago są organizowane drzwi otwarte w ktorejś ze stacji straży. To by mała miała używanie, jakby zobaczyła z 5 wozów na raz. Samoloty - druga miłość. Obserwuje z okna, bo lotnisko jest niedaleko i samoloty schodzą do lądowania na wprost naszego pokoju dziennego. Niemal każdy jest oczywiście "taaaaaki duży". Autobusy szkolne rozpoznaje po dźwięku silnika i gdy spacerujemy po okolicy po 3 po południu, gdy autobusy zabierają dzieci ze szkół, wie, że autobus jedzie zanim go zobaczy. Lubi też autobusy miejskie i tata czasem zabiera ją na przejażdżkę, ot, tak po prostu. Nadal kocha psy i jakby mogła, to wyściskałaby i obśliniła każdego spotkanego czworonoga. Uwielbia nowe ubrania (w szczególności jak mają np. psa z przodu). Ubrana w nową bluzkę, czy sukienkę pędem biegnie oglądać się w dużym lustrze w mojej sypialni. Lubi też korale, więc kupiłam jej zestaw 6 naszyjników żywcem jak z Mardi Gras, które zakłada jak tylko otworzy oczy i wyjmę ją z łóżka. Ostatnio dodałyśmy do kolekcji gadżetów torebkę (obejrzaną naturalnie w lustrze). Nie lubi natomiast spinek i kokardek we włosach, czego nie mogę przeboleć, bo wygląda ślicznie ze spiętymi włosami. Hazbend zawsze twierdził, że nie ma jak dać dziecku coś ważnego (z punktu widzenia dziecka) do zrobienia wokół domu. Od jakiegoś czasu Zosia sama wyrzuca swoje pieluchy do kosza. Zużytą pieluchę, nieekologicznie zawiniętą w przezroczystą torebkę na warzywa, dumnie niesie do kosza w kuchni, a gdy otworzę klapę, wrzuca zamaszystym ruchem. Jedną z największych atrakcji są cotygodniowe niedzielne zakupy w supermarkecie. Z reguły staramy się tam jeździć około 9 rano, gdy nie ma jeszcze dużo ludzi. Zosia ma wtedy okazję pchać sklepowy wózek i pakować ziemniaki i pieczarki do torby. Zna sklep już tak dobrze, że wie, gdzie jest mleko, jajka i ulubione winogrona. W sklepie zaliczamy obowiązkową wizytę przy kurczakach z rożna, gdzie dziecko stoi i gapi się zafascynowane na pieczony drób. Po powrocie do domu Zośka rzuca się do rozpakowywania zakupów. Stawiamy siaty przy drzwiach i dajemy jej co lżejsze rzeczy, aby zaniosła do kuchni. To poczucie misji w jej oczach! Ten wiatr we włosach, gdy pędzi z kuchni po więcej! Oby jej to zaangażowanie zostało na przyszłość. Została też nieświadomie uświadomiona ekologicznie i ktoregoś dani zaskoczyła mnie, gdy zaniosła starą gazetę do kosza na papier. Została więc specjalistą od recycklingu i zajmuje się junk mail. Kilka dni temu przeszła samą siebie. Wrociłyśmy ze spaceru. Siadłam sobie na fotelu, żeby zdjąć buty, patrzę, a moje dziecko niesie mi japonki, w których chodzę po domu. No, jak jeszcze przyniesie mi szklankę wody, to jestem ustawiona na starość.
piątek, 01 kwietnia 2011
Co robimy w ciągu dnia
Pamiętam, że gdy w sierpniu ubiegłego roku wróciłam z Polski byłam trochę załamana, że w mojej okolicy nie ma zbyt wielu placówek oferujących programy dla dzieci w wieku Zosi. Wizja spędzania całych bożych dni w domu z Zosią, (zwłaszcza w perspektywie jesieni i zimy) średnio mi się podobała, bo raz, że ja dostałabym kota bez kontaktu z innymi, a dwa, że dziecko też potrzebuje zobaczyć, że są inni ludzie na tym świecie. Oczywiście, w Chicago nie brakuje rozrywkowych miejsc dla dzieci. Są place zabaw pod dachem, sale gimnastyczne dla maluchów, kawiarnie z miejscem do zabawy i tego typu atrakcje. Problem w tym, że większość takich miejsc znajduje się albo dość daleko ode mnie albo liczą sobie całkiem niezłe pieniądze za uczestnictwo. Mi zależało na czymś niedrogim i w okolicy. Jak się okazało, znalazło się parę miejsc, gdzie za darmo lub za niewielkie pieniędze można zabrać dziecko w ciągu dnia. Przede wszystkim - biblioteki. W sąsiedztwie są dwie, które oferują tzw. story time, czyli czytanie książek dla najmłodszych. Jedna z nich ma program połączony z piosenkami, rymowankami i interkatywnymi mini-zabawami dla dzieci i rodziców. Na koniec bibliotekarka wyciąga wielką pluchową kaczuchę, koszyk z zabawkami i dzieci bawią się przez 15 minut. Program drugiej biblioteki jest przeznaczony dla większych dzieci i obejmuje tylko czytanie książek. Niby śpiewają jakąś tam piosenkę i maszerują wokół sali, ale jak Zosia miała ledwo ponad rok, to mało ją to interesowało. Nasza ulubiona biblioteka jest nieco dalej (10 minut autem), ale story time jest w niej najlepszy, więc chodzimy tam co tydzień od jesieni zeszłego roku. Każda z bibliotek oferuje swój program innego dnia, więc na upartego 3 poranki w tygodniu można mieć z głowy. Kolejna darmowa opcja to lokalne kościoły, a dokładnie przykościelne szkoły podstawowe . Sama w życiu bym nie wpadła, żeby tam szukać, ale koleżanka powiedziała mi, że w jej okolicy jedna ze szkół organizuje cotygodniowe spotkania dla dzieci. Poszperałam w sieci, podzwoniłam i znalazłam dwie szkoły, które mają coś takiego w swoim planie. Jedna ze szkół prowadzi 40-minutowe zajęcia muzyczne dla maluchów, a druga udostępnia na półtorej godziny salę gimnastyczną, gdzie dzieci biegają do woli, bawią piłkami, hula hop i zabawkami. Dopóki nie znalazłam programów w parkach, każdego tygodnia chodziłyśmy na zmianę do jednej ze szkół i do bibliotek. Chicagowskie parki są naprawdę fajnym miejscem dla dzieci, ponieważ nie tylko mają bardzo dużą ofertę, ale także cenowo są nie do pobicia. Semestr zajęć raz albo dwa razy w tygodniu (zależy od parku), czyli 10 tygodni kosztuje przeciętnie 30 dolarów. Zosia obecnie chodzi na parkowe zajęcia 4 razy w tygodniu. Wtorki i czwartki są naszymi ulubionymi, bo i program jest bardzo fajny. Dzieci nie tylko bawią się zabawkami przez półtorej godziny, ale spędzają czas przy tzw. art projects. Projekty są różne - lepienia plasteliny, rysowanie kredkami i malowanie farbami, wycinanki, po bardziej zaawansowane projekty typu klejenie kapelusza na dzień św. Partyka, czy naszyjnik. Z tymi ostatnimi Zosia sobie jeszcze nie radzi, więc to ja wycinam, wklejam, nawlekam i spinam. Po części artystycznej maluchy dostają piłki i biegają z nimi po sali. Potem są hula hop, a na koniec wszyscy siadamy i śpiewamy "Wheels on the Bus", "ABCs" i inne tradycyjne amerykańskie piosenki dla dzieci. W środy i piątki chodzimy na zajęcia do innego z parków, gdzie w sali gimnastycznej znajdują się gromada większych zabawek: samochodów, rowerków, mini zjeżdżalni i koni na biegunach. Ten program jest bardziej monotonny niż zajęcia z wtorku i czwartku i przydałby się jakiś art project w międzyczasie. Na szczęście, ostatnio przyuważyłam, że naprzeciw sali gimnastycznej jest druga, gdzie odbywają się zajęcia gimnastyczne dla dzieci w wieku Zosi i myślę, że latem zapiszę ja właśnie na ten program. Latem oferta parków dla dzieci jak Zosia nieco kuleje, gdyż większość z nich organizuje kolonie i obozy dla dzieci w wieku szkolnym. Ceny są bardzo konkurencyjne (około $200 za pół dnia 4-5 razy w tygodniu przez 10 tygodni), więc w najbliższy poniedziałek, gdy o 9 rano online otwiera się letnia rejestracja rodzice zaczynają walkę na noże, aby zarejestrowac swoje dzieci. Obozy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i założę się, że o 9:05 wszystkie miejsca są zajęte. Podobnie zresztą jest przy rejestrowaniu zajęć Zosi. Wolne miejsca sprzedają się błyskawicznie. W poniedziałek mogą się wyprzedać jeszcze szybciej niż zwykle, bo programów jest mniej, więc hazbend będzie czatował przed kompem o 9 rano i próbował nas zarejestrować na to, co się da (w końcu jako geek klika szybciej niż ja).
środa, 30 marca 2011
Pół roku bez internetu
Artykuł o tym, że Susan Maushart, samotna matka trójki nastoletnich dzieci odłączyła ich na pół roku od internetu, komórek, iPodów i iPhonów, Wyborcza opatrzyła podtytułem "Drastyczny eksperyment". No chyba trochę przesadzili z tą drastycznością, mimo iż dobrowolne odcięcie od internetu wydaje się w dzisiejszych czasach dość radykalnym posunięciem. Tzn. było to dobrowolne w przypadku Susan, a już znacznie mniej dla jej dzieci, które mogły korzystać z komputera tylko w szkole i u znajomych. Dlaczego to zrobiła? Stwierdziła, że wszyscy - i ona i dzieci - były uzależnione od internetu, komórek i wszelakich elektronicznych gadżetów. Opisała sytuację, gdy każdy zamykał się w swoim pokoju ze swoimi zabawkami i tylko dźwięk przychodzących esemesów potwierdzał, że w domu są żywi ludzie. Postanowiła więc z tym skończyć. Zaczęła - tu się zgodzę - drastycznie od pozbawienia rodziny elektryczności na dwa tygodnie, a następnie przez pół roku zbanowała w domu internet i powiązane z nim gadżety. No muszę przyznać, że pomysł był hard core. To tak jakby cofnąć się o dobre 10 lat. Korzystam z internetu codziennie i na dłuższą metę nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ostatni raz, gdy byłam przez tydzień bez żadnej możliwości sprawdzania maili czy czytania o tym, co się dzieje na świecie, zdarzył się w 2008 r., gdy byłam na wakacjach na Jamajce. I wcale mi go nie brakowało, wręcz przeciwnie. No ale tydzień to nie 6 miesięcy. Nie wiem, czy jestem uzależniona. Nie sprawdzam poczty, gdy tylko otworzę oczy, ale otwieram laptopa, gdy jem śniadanie. Laptop jest otwarty generalnie cały dzień, więc z reguły czytam gazety oraz nową pocztę i sprawdzam FB. Gdy kilka tygodni temu miałam problem z netem przez 3 dni i jedyne, co działało to poczta, nie przeżywałam tortur i nie zawiadomiłam wszystkich wokoło, że nie mam internetu. Spokojnie przeczytałam książkę w 3 wieczory. Nie mam smart-phone, a staroświeckiego dumb-phone'a bez możliwości odbierania maili. Zresztą, z komórki byłoby mi łatwo zrezygnować i ostatnio się zastanawiałam, czy ona w ogóle jest mi potrzebna. Nie mam planu, czy też kontraktu z żadnym operatorem, używam pre-paida, bo nie mam zwyczaju gadać przez komórkę przez pół godziny. Od tego mam telefon domowy, ale w zasadzie jest to telefon przez internet (Voice over IP). W styczniu pozbyliśmy się kablówki. Czy sprawdzanie poczty po 5 razy i korzystanie z internetu codziennie, to nałóg, czy standard, jak kiedyś czytanie gazety oraz oglądanie "Dziennika" o 19:30? Skłaniałabym się ku czemuś w rodzaju społecznie usankcjonowanego nałogu tego stulecia.
środa, 23 marca 2011
Dżarek Łysaki, czyli jak polubiłam Jarka
Przysięgam z ręką na sercu, że nie miałam zamiaru ponownie robić tak długiej przerwy. No tak wyszło, o czym może kiedy indziej. Wpis o Dżarku chodzi za mną już od dawna, a dzisiaj pani Tranikowa podstępnie połechtała moją ambicję na Facebooku, mówiąc, że lubi ludzi z Chicago, czyli mnie i Dżarka. Ah, starym znajomym się nie odmawia, więc mówisz Tranikowa i masz. Dziś będzie o nowym hero z Chicago, czyli Dżarku Łysakim. Fox wystartował parę tygodni temu z nowym serialem "The Chicago Code". Wcześniej widziałam artykuł w Tribune, że Polish cop jest głównym bohaterem. No i to właśnie jest nasz Dżarek Łysaki: niepokorny i niestandardowy glina z Chicago. Ulepiony z polskiej gliny, ma się rozumieć, stąd to bardzo polskie imię i nazwisko*. Dżarek to chicagowski twardziel o gołębim sercu, który oczywiście prędzej umrze niż to okaże. Do tego niezły babiarz - zaręczony z młodszą o kilkanaście lat dziewczyną, a na boku bzykający się z byłą żoną. No bardzo nie po polsku i katolicku, proszę pana. Oprócz skomplikowanego życia prywatnego, Dżarek ma też skomplikowane życie jako policjant, gdyż pracuje dla bardzo atrakcyjnej pani nadkomisarz (czekam oczywiście, czy coś z tego będzie), niejako poza nadzorem innym policjantów. Nadkomisarz Teresa Colvin chce bowiem przygwoździć jednego z chicagowskich radnych, skorumpowanego Gibbonsa i do tego potrzebuje swojego dawnego kolegi z patrolu, czyli naszego polskiego bohatera. No i wokół tego oraz wokół typowej policyjnej roboty kręci się serial. Kręci się całkiem nieźle. Na początku myślałam, że jak cały serial będzie tylko wokół Gibbonsa, to będzie nuda, no bo ile można rozpracowywać szemranego polityka. No ale okazało się, że w akcję wpleciono inne wątki i "The Chicago Code" ogląda się bardzo fajnie. Dla kogoś z Chicago lub znającego miasto są piękne widoki z centrum, mniej piękne z mniej okazałych dzielnic, zawsze dobre chicagowskie hot dogi oraz specjalność Wietrznego Miasta, czyli korupcja, mafie i lewe interesy, słowem welcome home. Dżarek, grany przez rodowitego Australijczyka, wygląda jakby urodził się na Jackowie, choć z tego, co pamiętam w serialu urodził się chyba na Saucie w Chicago, cytując rodzimego artystę. Ba, raz nawet poszedł do jakiegoś kościoła w południowej stronie miasta. Polską chłop ma gębę, nie sądzicie?
Wprawdzie jak mu nie obetną tych kędzierzawych loków w następnych odcinkach, to nie wyrobię, no ale ogólnie chłop wygląda całkiem nieźle. Dżarek ma bratanicę o równie polsko brzmiącym imieniu Vonda, która również pracuje jako glina. Dżarek trochę jej ojcuje, po tym jak jej ojciec, czyli brat Dżarka - także policjant - zginął na służbie. W każdym odcinku Polish hero pakuje się w jakieś kłopoty, a wraz z nim jego młody partner Caleb Evers, po którym Dżarek jeździ za to, że woli Cubsów od Soxów (Dżarek, jak prawdziwy Polak wychowany na południu, kibicuje White Sox). Dżarka najłatwiej spotkać w poniedziałkowy wieczór na Foxie. Można też na stronie Foxa, niezależnie od pory dnia i nocy, ale jak znam życie to tylko ci po tej stronie kałuży mogą go oglądać, bo w Europie pewnie już się nie da. Tzn. pewnie się da, ale nie ze strony Foxa. *Dżarek Łysaki, czyli po naszemu Jarek Wysocki. Bardzo po polsku, prawda?
środa, 02 lutego 2011
Burza śnieżna w Chicago
Chicago, środa, 2 lutego 2011 r. Blizzard, który od wczorajszego popołudnia paraliżuje Chicago i okolice jest dokładnie zaplanowaną akcją promocyjną miasta. Mówi burmistrz Chicago Richard M. Daley: - Zima w tym roku uderzyła głównie na wschodnim wybrzeżu. Dzięki wyjątkowo obfitym opadom sniegu, Nowy Jork oraz wschód kraju znalazło się na ustach reszty Stanów. Poczuliśmy, że musimy odzyskać utraconą pozycję jednej z zimowych stolic kraju. Dlatego, po wielu konsultacjach ze specjalistami od pulic relations, zdecydowaliśmy się na zamówienie wyjątkowych ilości śniegu. Jak nam doradzono, dla spotęgowania efektu, powinniśmy połączyć opady z porywistym wiatrem oraz niską temperaturą, czyli zdecydować się na opcję burzy śnieżnej, czyli blizzardu. 3 w 1". Burmistrz nie chciał ujawnić, ile kosztowało zamówienie burzy z rejonów Wielkich Równin. Stwierdził jedynie, że koszty zamówienia są niewspółmiernie niskie w porównaniu do ilości informacji w mediach w kraju i na świecie i promocji, jaką uzyskuje miasto. Powiedział także, że zamówiony blizzard może być nawet lepszy niż ten z 1967 r., gdy w ciągu doby spadło 23 cale śniegu. - "Liczymy na nowy rekord i mamy nadzieję, że burza śnieżna 2011 na trwałe zapisze się w kronikach miasta". Chicagowskie szkoły pozostają dziś zamknięte. Jak powiedział nam rzecznik były plany, aby kilkaset tysięcy uczniów zmobilizować do usuwania śniegu, ale spotkało się to ze sprzeciwem Rady Miasta, która uznała, że dla efektów promocyjnych śnieg powinien jak najdłużej zalegać na ulicach Chicago. - "Aktualnie odsnieżamy tylko główne ulice. Boczne pozostają calkowicie nieprzejezdne, aby spotęgować efekt burzy snieżnej", powiedział Joseph Maclusky z Departamentu Gospodarowania Zasobami Naturalnymi. Działania promocyjne zaczęły się zanim blizzard uderzył w miasto. We wtorek rano sklepy spożywcze przeżywały prawdziwe oblężenie. Okolica jednego z lokalnych marketów była niemal calkowicie sparaliżowana przez samochody próbujące dostać się na parking. Znalezienie miejsca parkinowego graniczyło z cudem. O 9:30 rano sklep był oblężony przez klientów w panice wykupujących artykuły pierwszej potrzeby. Podobne dantejskie sceny działy się we wszystkich dzielnicach miasta. Burmistrz Daley skomentował, że blizzard spełnił wszelkie pokładane w nim nadzieje. Zapytany, co sądzi o kilkudziesięciu tysiącach mieszkańców bez prądu oraz kierowcach, którzy utknęli w zaspach i musieli być ewakuowani, między innymi z nadjeziornej autostrady Lake Shore Drive, odpowiedział, że jest to ściśle zaplanowana część strategii promocyjnej. - "Nie możemy zapewnić dostaw prądu w trybie natychmiastowym. Musimy stwarzać wrażenie, że miasto jest sparaliżowana, drogi nieodśnieżone, pociągi Metry nie kursują, odwołano tysiące lotów na obu lotniskach, a kierowców zaskoczył śnieg w trakcie jazdy. Jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak rozwija się sytuacja". Wydaje się, że najgorsze, czyli najlepsze miasto ma już za sobą. Około 11 rano śnieg przestał padać.
Ania Buzuk, Windy City Magazine
czwartek, 18 listopada 2010
Everyday granola
Jak nigdy nie lubiłam jesieni, to muszę przyznać, że w tym roku jest wyjątkowo udana. Do tego stopnia mi się podoba, że nawet Halloween mi jakoś mniej przeszkadzało i zaczęłam wymyslać jakie dekoracje zrobimy za rok. Przez większą część września, października i połowę listopada nie padało, było ciepło, słonecznie i nachodziłyśmy się z Zośką w liściach w parku. Mniej więcej wysprzątaliśmy ogród na zimę oraz zaczęliśmy oficjalnie sezon jesienno-zimowy pieczeniem pizzy (latem nie pieczemy, bo mimo klimy w domu można się usmażyć od piekarnika). Hazbend zamierza w tym roku jeszcze udoskonalić swoją pizzę i dorwał jakieś wideo z jakimś gościem z Food Network, który tłumaczy jak piec pizzę na kamieniu i gdzie kupić wielką szuflę do wsadzania pizzy do piekarnika, czy tam do pieca. Matko. Póki co, oprócz produkcji przeróżnych wersji pizzy (ostatnio była z barbeque sosem i kurczakiem), produkujemy też własną granolę. Z granolą długo miałam na bakier, bo kojarzyła mi się z wszelakimi zupami mlecznymi, którymi pasiono mnie na wczasach, w przedszkolu i na koloniach, a które to zupy nienawidziłam i jadłam pod przymusem. Nie lubię też cereal i nie mogę patrzeć jak hazbend oraz Zośka wcinają je na śniadanie. Lubię mleko i swego czasu pijałam je do obiadu, bez względu na to, czy był to bigos, gołąbki, czy schabowy, ale daniom mlecznym podziękowałam już dawno. I dopiero po śniadaniu na trawie w houstońskim parku 2,5 roku temu zmieniłam zdanie. Ktoś ze znajomych przetestował ten przepis, a my z niego skwapliwie skorzystaliśmy, z tym, że zamiast pecans używamy migdałów, nie dodajemy suszonych owoców i pieczemy krócej niż przepis podaje. Wychodzi naprawdę super.
środa, 17 listopada 2010
Co na prezent dla panny młodej
Dostałam dziś zaproszenie na wedding shower, czyli wieczór panieński i cieszę się jak diabli, bo hajta się moja dobra kumpela, która praktycznie zeswatała mnie i hazbenda. Zaproszenie jest właściwie na popołudnie panieńskie, bo impreza zaczyna sie o 3 po południu i podejrzewam, że raczej nie skończy się o 3 nad ranem. No ale kto wie. Może będziemy biegać od knajpy do knajpy z panną młodą w welonie? W każdym bądź razie, ostatni wieczór panieński na jakim byłam, to był mój własny w Polsce, więc tak dokładnie to nie wiem, jakie zwyczaje panują na takich imprach tutaj. Kurna, wszyscy się już pożenili, czy jak. Nie znam ludzi, którzy wyprawią imprezę kumpeli, ale na zaproszeniu figurują jako "Pan i Pani X i Y". Myślałam, że wedding shower to bardziej impreza dla samych kobitek, no ale może będą też faceci, skoro pan Y jest organizatorem. Co się przynosi przyszłej pannie młodej? Ja dostałam bieliznę, zapas prezerwatyw, pseudo-poradniki w stylu "Orgazm na 100 sposobów" i jakieś erotyczne gadżety, które wyciągałam zdaje się z torebek z zamkniętymi oczami. Podejrzewam, że kumpela dostanie mnóstwo prezentów z Victoria's Secret, więc może niekoniecznie muszę kupować kolejne majteczki w kropeczki. Gdzie tu w tym mieście są jakieś sex shopy? Był ktoś? W Warszawie to od razu wiedziałabym, gdzie pójść he he. No i co jest modne na takich imprezach?
środa, 10 listopada 2010
Ulica Lecha Kaczyńskiego w Chicago
Parę dni temu gazeta.pl ogłosiła, że część chicagowskiej ulicy Belmont Central, w okolicach skrzyżowania z Central Belmont Avenue, zostanie nazwana imieniem Lecha Kaczyńskiego. No i zaiste, taka uroczystość ma się odbyć jutro. Nie oznacza to, że Belmont Central przemianują na Kaczyńskiego, a tylko, że część ulicy zostanie honorary street, czyli taką jakby honorową aleją. Mi, to szczerze mówiąc, zwisa. Wkurza mnie tylko trochę, że Tom Allen, radny mojej dzielnicy, który swego czasu chciał ustawy ograniczającej nazywanie bez umiaru ulic imieniami zasłużonych osób, sam zgłosił tą propozycję. Oczywiście, rodacy nie byliby rodakami, gdyby nie zaczęli typowego polskiego narzekania. Otóż Belmont i Central, polska okolica od nie wiem, jakiego czasu, okazuje się być niegodna prezydenta. Naczelna nawiedzona chicagowskiego radia Łucja Śliwa rzekła, że wybór dzielnicy "kupieckiej, z opuszczonymi biznesami i pustymi witrynami" jest niedpowiedni. Pani Śliwa chciałaby, aby tę sprawę publicznie przedyskutować. No tak, może zrobić kolejne wybory. Albo najlepiej, jakby miasto zatrudniło ankieterów chodzących od domu do domu i pytających, czy my Polacy z Chicago łaskawie się zgadzamy, żeby dość dziadowsko wyglądające skrzyżowanie Belmontu i Central nazwane zostało nazwiskiem Kaczyńskiego. O tak, bo z Polonią w Chicago to trzeba się przecież liczyć i nie można tak sobie nazywać do szpiku polskiego skrzyżowania imieniem zmarłego polskiego prezydenta. Nazywanie ulic w Chicago honorary street już nie raz wzbudzało kontrowersje. Kiedyś chciano nazwać fragment ulicy imieniem pana od Playboya, czyli Hugh Hefnera. Nie przeszło w radzie miejskiej. Potem któryś z radnych miał pomysł, aby uhonorować byłego członka rady miejskiej, wsławionego głównie tym, że przez wiele lat po odejściu z rady wciąż pobierał z niej kasę. No i najsłynniejsza sprawa, gdy jeden z radnych próbował nazwać ulicę imieniem Freda Hamptona, członka Czarnych Panter, zastrzelonego przez chicagowską policję 40 lat we własnym łóżku. Burda z nazwaniem ulicy jego imieniem była na cztery fajery. W sprawę zaangażował się m.in. chicagowski kongresman, w czym nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gość sam należał do Czarnych Panter. Do nadania imienia nie doszło, a wspomniany przeze mnie Tom Allen próbował przeforsować ustawę ograniczającą nadawanie ulicom statusu honorary. Niech sobie nadają. Ani mnie to ziębi ani grzeje. Nie wiem, ilu innych zasłużonych Polaków ma swoje honorowe ulice tutaj, ale podejrzewam, że nie tak wielu i może byłoby miło, aby przy okazji nazwania ulicy imieniem Polaka, tutejsza Polonia tradycyjnie nie srała we własne gniazdo. |