|
Archiwum
Zakładki:
Alter ego
Chicago i okolice
Design
Moda
Piszą o Ameryce
Po sąsiedzku
Za oceanem
|
środa, 04 listopada 2009
Świńska grypa mi nie straszna
Dostąpiłam bowiem zaszczytu zaszczepienia się przeciwko (nie)sławnej zarazie. Za darmo, bez zastrzyku (szczepionka do nosa), ale za to po dwóch godzinach czekania. Mąż wydzwaniał po Walgreensach od tygodni, ja ze dwa razy do naszego lekarza rodzinnego i nikt i nic nie wiedział, gdzie, kiedy i czy w ogóle te szczepionki będą. Niedawno gruchnęła wieść, że Chicago dostało 1/3 spodziewanych szczepionek i część będzie rozdawana w miejskich collegach na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". W pierwszych dniach ludzie stali w kolejkach godzinami. Ja powiedziałam, że pierdziu, ale nie będę stać. Jak mam dostać, to gdzieś się ta szczepionka znajdzie. Ale mąż wiercił mi dziurę w brzuchu, że Zosia, że co będzie jak któreś z nas zachoruje, że on pół-astmatyk i że to dla niego niebezpieczne, no więc wczoraj udałam się do Wright College na szczepienie. Szczepienia zaczynały się o 3 po południu, ja dotarłam około 3:15 i dostałam od bardzo niemiłego pana z ochrony numer 1257, co oznaczało, że przede mną znajduje się 1256 osób, a jak się okazało więcej, bo jeden numerek był na rodzinę, a osób z dziećmi było mnóstwo. Po pół godzinie siedzenia w sali, nerwy zaczęły mi puszczać, no bo nic, zupełnie nic sie nie działo, nie wołali żadnych numerków, więc zapytałam pani strażniczki, ile to może potrwać. A pani na to: "Robią około 300 szczepionek na godzinę. Są teraz przy około 700". Z moim numerkiem 1257 wyglądało mi to na jakieś półtorej do dwóch godzin czekania. No żesz kuźwa jego mać. W domu małe dziecko, ja oczywiście głodna (bo nie przeszło mi przez głowę, żeby się najeść przed wyjściem albo wziąć coś do jedzenia i picia), a tu dwie godziny siedzenia na twardej posadzce. Byłam wkurzona na maksa, bo wcale mi się nie uśmiechało czekać w towarzystwie wrzeszczących niemowlaków, wrzeszczących parolatków i rozchichanych nastolatków. O dorosłych nie wspomnę. Do tego w tym bunkrze (kto widział Wright College, wie o czym mówię) nie było zasięgu, więc łaziłam po jakichś kątach i darłam się do telefonu, bo mąż nic nie słyszał. Poradził mi więc, abym może spróbowała przyjść w czwartek wcześniej. O nie! Wizja spędzenia połowy urodzin w kolejce po szczepionkę na tą durną świniznę przeważyła i zostałam. Po kolejnej półtorej godzinie spędzonej w większości już w ogonku, w końcu wypełniłam formularz i dostałam dwie dawki żywego wirusa do nosa (trochę to porypane, no ale co ja się znam). Ja taranię. Jutro idzie mąż. Podejrzewam, że jak wróci, to wypije dużą whiskey. Mi nawet to nie było dane. Burdel i do tego na kółkach z tymi szczepionkami.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Zachorowałam
Nie, nie na świńską grypę. Na samochód. Taki jak niżej.
To nowy produkt Toyoty i zwie się Venza. Pierwszy raz tak mnie zaintrygowała, że goniłam ją na autostradzie, bo chciałam obejrzeć przód, po tym jak zaciekawił mnie tył. Drugi raz dziś w południe i tym razem udało mi się ją wyprzedzić i popatrzeć. No bardzo mi się podoba, choć sama się sobie dziwię, bo ostatnim samochodem, do którego wzdychałam był ten Mercedes (a Mercedesów normalnie nie lubię), no i widzę, że ze szpanerskiego merola przerzuciłam się na samochód będący połączeniem niezbyt przeze mnie lubianych SUV a kombiakiem nowej generacji. Na szczeście, nadal i wciąż chcę mieć stary kabriolet, więc może jeszcze do końca nie zmamiałam.
niedziela, 25 października 2009
Po dwóch miesiącach
Wczoraj Zosia skończyła 2 miesiące. Od czasu, gdy pisałam o niej ostatnio w połowie września, sporo się zmieniło. W piątym tygodniu zaczęła się uśmiechać i sama trzymać głowę. Teraz uśmiecha się już kilkanaście razy dziennie, najpromienniej z rana, mimo iż głodna po przespanej nocy. Uśmiechy rozsyła też po każdym karmieniu oraz przy zmianie pieluchy. Wydaje też coraz więcej dźwięków. Jeszcze się nie śmieje, ale myślę, że niedługo zacznie. Najmarudniejsza jest oczywiście wieczorami, kiedy jest zmęczona, ale nie zainteresowana drzemką. Nie poddajemy się i próbujemy ją położyć chocby na pół godziny, ale z reguły kończy się na dobrych chęciach i Zosia płaczem uprzyjemnia nam jedzenie kolacji. No cóż. Jeszcze parę tygodni temu darła się bez opamiętania, tak że używaliśmy korków do uszu. Teraz jej wieczorne wrzaski jakby straciły na sile. A może my już się przyzwyczailiśmy. Ponieważ wieczory są raczej z gatunku hardcore, nie mieliśmy do tej pory za wiele odwagi, żeby wypuszczać się z nią na kolacje do restauracji. W dzień nie ma problemu - zaliczyliśmy Ikeę i parę innych sklepów, choć przyznaje, że w temacie wyjść z dzieckiem jesteśmy mięczakami. No ale w końcu musiał być ten pierwszy raz wieczorem i wczoraj wybraliśmy się w czwórkę ze znajomą do polskiej knajpy z bufetem, coby nie tracić czasu na zamawianie. No i poszło bardzo dobrze. Zosia nie spała, ale też nie płakała, tylko siedziała i patrzyła na wszystko dokoła. Dziś byliśmy na śniadaniu w ulubionym dinerze, które Zosia słodko przespała, gdy jedliśmy tradycyjnie jajka z boczkiem i ziemniakami. Ogólnie więc biorąc, życie z dzieckiem, jak i samo dziecko staje się dużo łatwiejsze. Nie byłoby pewnie tak dobrze, gdyby nie to, że Zosia od tygodnia śpi w nocy między 8 a 9 godzin (ostatniej nocy 9,5), czym wprawia nas w absolutny zachwyt. Mniej zachwycona była mleczarnia, która po pierwszych dwóch nocach oprotestowała nowe godziny pracy i unieruchomiła jedną z linii produkcyjnych, ale na szczęście strajk był krótkotwały i zakończył się polubownym porozumieniem stron. W związku z tym, że młoda śpi dużo w nocy, śpi dużo mniej w ciągu dnia, nie mam już tyle czasu, jak jeszcze parę tygodni temu, gdy nakarmionego malucha kładłam na dwie godziny do łóżka do czasu następnego karmienia. No ale grzechem byłoby narzekać w sytuacji, gdy Zosia śpi tak słodko w nocy, a my razem z nią.
czwartek, 22 października 2009
Okoliczne domy
Dawno temu ktoś prosił w komentarzach przy jakimś wpisie, abym pokazała okoliczne domy. Zbierałam się i zbierałam, aż do teraz, kiedy spacerując z Zosią miałam okazję porobić zdjęcia. W okolicy najwięcej jest domów typu bungalow, domów budowanych z cegły, czego dzisiaj już nie uświadczysz.
Wspominałam o nich na blogu już parę razy. Wybudowane między 1910 a 1940, są najbardziej charakterystycznym elementem chicagowskiej architektury rezydencjalnej. Bungalow z prawdziwego zdarzenia powinien mieć ceglaną konstrukcję, linię dachu prostopadłą do ulicy, półtora piętra, witrażowe okna i kawałek trawnika z przodu (za Historic Chicago Bungalowe Association). Jest ich w Chicago 80,000 tysięcy i stanowią 1/3 wszystkich domów. Obok bungalowów sporo jest też pseudo-wiktoriańskich domów ze strzelistymi dachami
albo pół-bungalowów, tj. takich, które mają tylko jeden poziom.
Moim ulubionym rodzajem jest bungalow z żółtej cegły, z przepięknymi witrażowymi oknami.
Ten na zdjęciu ma do towarzystwa garaż z takiej samej cegły (bez zdjęcia). Jest parę takich rodzynków w okolicy. Ale chyba jeszcze bardziej charakterystyczną cechą chicagowskich dzielnic są tzw. alleys, czyli po polonijemu "ele" - uliczki za domami, gdzie stoją kosze na śmieci i których używa się, aby wjechać do garażu.
Wiele miast ich nie posiada, np. Nowy Jork albo, o ile pamiętam, jak pisał KW, Toronto. Chicagowskie "ele" są źródłem zarobku dla panów zbierających złom, którzy w pickapach z dobudowanymi drewnianymi bokami jeżdżą po okolicy i szukają wszelakiego metalu z niepotrzebnych rzeczy wystawianych obok koszy na śmieci. Kiedy wystawiliśmy z tyłu zepsuty sedes, zainteresowali się i nim, a dokładnie metalową rączką do spuszczania wody. Rączkę zabrali, sedes zostawili, choć i nim w końcu ktoś się zaopiekował. I na koniec, jesień w Portage Parku, ta najbardziej kolorowa i najprzyjemniejsza.
wtorek, 20 października 2009
Przebierz się za nielegalnego kosmitę
Miałam w tym roku o Halloween nie pisać, bo ile razy można męczyć temat, no ale jak mi dziś mąż podesłał link z artykułem o jednym z kostiumów, to nie mogę się oprzeć. Kostium wygląda jak na poniższym zdjęciu i z miejsca oprotestowały go organizacje imigracyjne jako - cytuję - "kpinę ze statusu milionów imigrantów będących w potrzebie reformy imigracyjnej".
Kostiumik był do nabycia w Targecie online, Amazonie i Walmarcie i z miejsca zdjęto go z oferty, gdy pojawiły się pierwsze protesty. Ja tam nie bardzo widzę o co tu kopie kruszyć. No że ktoś użył tego samego słowa "alien" na porównanie nielegalnego imigranta i przybysza z kosmosu? Urząd Imigracyjny też tak nazywa imigrantów (kto miał z nimi do czynienia, wie, że petentów określa się właśnie tym słowem). No ale w Stanach można oprotestować wszystko, co się da, więc i durny kostium na Halloween też można, a trzem całkiem poważnym firmom z miejsca mięknie rura i wycofują produkt. No a skoro już o tym nieszczęsnym Halloween, to w tym roku nie ominie mnie kolęda dzieci pytających o słodycze. Jako że będę w domu tego dnia i nie ucieknę do Ewy na ploty albo na kolację z mężem, to będę otwierać drzwi i rozdawać cukierki. Na szczęście będzie akurat teściowa z kolejna wizytą duszpasterską, więc wspomoże mnie nieco. A za rok pewnie sama będę łazić z Zosią i zbierać słodycze. No nie ma rady na układy.
środa, 30 września 2009
Olimpiada 2016
No i nadciąga godzina zero. W piątek będzie wiadomo, czy letnia olimpiada w 2016 odbędzie się w Chicago. Miasto zwarte i gotowe: burmistrz w Kopenhadze, Obamowa ma dolecieć (albo już tam jest - nie mam czasu sprawdzać), no i według ostatnich doniesień prezydent również planuje wskoczyć na pokład Air Force One w czwartek w nocy, żeby pokazać się w piątek Komitetowi Olimpijskiemu i reklamować Chicago. Jak myślicie, Chicago wygra? Podobno Rio jak na razie prowadzi w rankingach. Zdania nie zmieniłam - dwa lata temu pisałam, że chcę olimpiady i nadal tak uważam. Jak wygramy i w 2016 nadal będę tu mieszkać, to nadmieniam, że piwnicę mam już zarezerwowaną (czy zainteresowana pamięta, że ją zabukowała, bez zaglądania w komenatrze do wpisu sprzed dwóch lat?). Trzymam kciuki!
niedziela, 27 września 2009
Ameryka przy łopacie
U mnie też dziś będzie o Obamie, podobnie, jak u Hjuston, ale chyba bardziej w kontekście tego, co zaczął. Czy w Waszej okolicy pojawiły się takie tablice?
W mojej okolicy stoją one przy trzech ulicach, które do tej pory straszyły tragicznymi dziurami w jezdni, a teraz są zdarte do gruntu i w trakcie asfaltowania (a może już są wyasfaltowane). Odcinek Narragansett między Diversey a Addison był po prostu masakryczny. Latem tamtego roku wpierdzieliłam się tam w taką dziurę, że normalnie cud, że nic się Baśce nie stało (Młody, pamiętasz?). Addison od Austin do Narragansett też w kocich łbach i dziurach wielkości krateru i przez ostatnie 6 miesięcy umierałam jadąc tamtędy na basen, że urwę pół zawieszenia albo w najlepszym wypadku rozwalę oponę. No i wiadukt na Central przy Foster - w tragicznym stanie, a teraz proszę bardzo - remontują. Te remonty są częścią The American Recovery and Reinvestment Act, jak głosi tablica, projektu, który w ciągu dwóch lat ma zapewnić 3,5 miliona miejsc pracy i dzięki 150 miliardom dolarów poprawić drogi, mosty, wiadukty, no ogólnie infrastrukturę. Może jak znowu zacznę jeździć na basen, to z mniejszym stresem, że urwę pół podwozia w samochodzie.
poniedziałek, 14 września 2009
Program telewizyjny na poniedziałek*
3:00. Kiedy ranne wstają zorze, czyli krótkie rozmowy przy paśniku. 6:00. Good Morning, America. Śniadanie dla dwóch, kawa (decaf, ehhh) i prysznic dla jednej.
9:00. Forum dyskusyjne "Wokół mleka" - program dla okolicznych dostawców. 12:00. Wiadomości mleczarskie w południe. 15:00.Got milk, mom? - program edukacyjny dla dzieci i młodzieży. 18:00. Powrót taty, czyli pora relaksu. 21:00. Droga Mleczna - program popularno-naukowy. 24:00. Raport ekonomiczny z rynków mleczarskich świata. * Poniedziałkowy program telewizyjny obowiązuje również w pozostałe dni tygodnia z niewielkimi zmianami i czasem na kąpiel dla głównej użytkowniczki serwisu "Mama i ja".
wtorek, 01 września 2009
Chicagowskie noce z Zośką
Korzystając z tego, że Zośka zaliczyła wizytę w pobliskiej mleczarni i zapadła w głęboki sen, a mi akurat nie kleiły się oczy, w niedzielę udało mi się wyrwać z domu, pierwszy raz od jej urodzin. Żeby nie było jednak za dobrze, to pierwsza wyprawa ograniczyła się do zakupów w Babies R' Us, więc trochę z deszczu pod rynnę ten wypad. Kapitalna pogoda ostatnio w Chicago - niemal w klimacie złotej jesieni - ciepło, ale nie upalnie, słonecznie, lekki wiatr. Napawałam się więc dziesięciominutową jazdą samochodem z otwartymi oknami. Jak to się człowiekowi zmieniają priorytety, kiedy potrafi cieszyć z kilku minut z dala od czterech ścian. Wszyscy mi powtarzali, żebym spała ile wlezie przed porodem, co też czyniłam. Niestety, snu nie da się włożyć na konto oszczędnościowe i wybierać w razie potrzeby, więc jest to towar deficytowy w naszym domu i korzystamy z niemal każdej okazji, żeby spać. Zosia, niestety, preferuje spanie w dzień, a znacznie mniej w nocy. Do tego zasypia w trakcie karmienia, więc trzeba z nią walczyć i budzić, żeby jadła. A potem walczyć, żeby usnęła. I tak w koło Macieju. Lubi spać zawinięta w burito słuchając nagranego dźwięku suszarki (wedle wskazówek dr Karpa). Ostatnie dwie noce dała nam nieźle popalić, bo choć nakarmiona, nie chciała spać, więc oczy mieliśmy na zapałkach. Na szczęście od niedzieli jest z nami babcia (ta amerykańska) i udaje mi się nadrobić sen w dzień (na tyle, o ile to możliwe). Nic nie jest chyba w stanie przygotować człowieka na taką deprawację snu. Niby się wie, że nieprzespane noce, zero odpoczynku, wrzeszczący po nocach maluch, ale naprawdę trudno funkcjonować po strzępach snu uzbieranych w ciągu dnia. Najgorsze pierwsze 6 miesięcy? Na razie trudno powiedzieć, do kogo bardziej jest podobna.
czwartek, 27 sierpnia 2009
2+1
Boże, nie wiem, co mam napisać, poza tym, że Zosia Julia urodziła się 24 sierpnia o 21:59, ważąc 3135 g i mierząc 51,5 cm (6 funtów 15 uncji i 20,5 cali). Tyle emocji, wrażeń i gonitwy myśli. Jesteśmy w domu i przygotowujemy się do przetrwania pierwszej nocy w trójkę. Trzymajcie kciuki. Przebiegłam wzrokiem szybko komentarze pod poprzednim wpisem - dziękuję wszystkim za gratulacje i trzymanie kciuków. Do zobaczenia - nie wiem, kiedy, ale wiecie, rozumiecie. |